Ogólne

7 stycznia (Anna Zuch-Szczepanowska)

Ania i ja na początku znajomości byliśmy na jakichś tam życiowych zakrętach. Myślę, że mieliśmy szczęście oboje, a właściwie troje, bo do znajomości doszła jeszcze moja żona.
Ja wówczas szukałem chyba swojego miejsca w pisaniu. Napisałem „chyba” bo największą moją bolączką był brak wiary w swoje pióro. Ten brak wiary jest chyba do tej pory dla mnie charakterystyczny i boję się, że nigdy go się nie pozbędę. Mam popełnionych blisko cztery tysiące postów na blogu, wydrukowano moje cztery książki, a ja walczę z niewiarą w siebie.
Ania musiała to wyczuć. Chwaliła moje posty, choć ja sam w nich niczego specjalnego nie widziałem. Były tak takimi sobie wypocinami, które napisać mógłby każdy. Ale miło było usłyszeć od kogoś, że to było naprawdę dobre, a to ciekawe. (Tu, gdybym był bardziej pewny swojego pisania, to powiedziałbym, że moja znajoma dodała mi wiatru w skrzydła.)
Nie mając o tym żadnego pojęcia rozpoczynałem swój nowy etap pisania o ptakach.
Pewnego dnia Anna zaproponowała nam spotkanie. Byliśmy zaskoczeni. Nasza nowa znajoma mieszka w Zabrzu, my w malutkim miasteczku nad Wartą, w Obrzycku. Miejscem spotkania, a poznania zarazem miał być Słońsk. Miejsce marzenie każdego miłośnika ptaków. Zaraz, z ciekawości, wyszukałem kilka stron w internecie, mówiących o ptasim bogactwie okolic Słońska i Parku Narodowego Ujście Warty. Zapragnąłem tego wyjazdu, ale zarazem posmutniałem. To był czas w życiu kiedy z żoną musieliśmy dobrze oglądać złotówkę zanim ją wydamy. Zdawałem sobie sprawę, że tą propozycję powinniśmy odrzucić, bo nie było nas stać
A jednak pojechaliśmy! Czasami otwierają nam się drzwi, które zdają się być zatrzaśnięte przed nami na pięć spustów. Nie pamiętam już jakimi argumentami Ania przekonała nas, że mamy jechać, bo chce nas poznać osobiście i ona już wykupiła dla nas wszystkich noclegi.
To był dobry czas. Razem z żoną poznawaliśmy człowieka o gołębim sercu. Dobrego, mądrego, szlachetnego. Te cechy nie znaczyły, że Anna nie miała swojego charakteru czy tym bardziej zdania. Miała, dzięki czemu zresztą coś zyskałem.
Słońsk przywitał nas pięknie. Dobrą pogodą, bardzo ciekawymi obserwacjami bardzo ciekawych ptaków.
Nocowaliśmy w świetnie zlokalizowanym gospodarstwie agroturystycznym Przy Betonce. Tę
miejscówkę polecę każdej osobie. Myjąc się w łazience można było podziwiać żurawie, z balkonu
przyglądaliśmy się dudkom czy bielikom. Rano człowiek porywał kawę i leciał na ową sławną Betonkę
gdzie można było podziwiać wiele gatunków, których u siebie w Obrzycku się nie miało. W Biurze
Turystyki Przyrodniczej DUDEK zostaliśmy obywatelami Rzeczpospolitej Ptasiej, a z wałów twierdzy w
Kostrzynie nad Odrą podziwialiśmy lecące z gracją rybitwy białoczelne.
Z czasem Ania została administratorem mojego bloga. Czasami, gdy brakowało mi czasu robiła posty, a
nawet je pisała. Sądzę, że jej „Kubuś” rozczuli serce niejednego czytelnika:
„Któregoś dnia wpada mój syn Leszek z podwórkowo-rowerowej wyprawy i wrzeszczy od progu: pomóż,
ratuj! Lecę wyobrażając sobie kolejne poobijane kolana, siniaki czy coś gorszego, a tu patrzę: na dłoni
synka leży ni to ni sio, jakaś szara szmatka z ogromniastym dziobem i wygląda na to, że nie ma siły
nawet łepetyny podnieść. Zrób coś! słyszę, no przecież inaczej nie przeżyje! I jak tu powiedzieć dziecku,
że sama wątpię żeby taki nagi szarutki pisklaczek mógł przeżyć bez gniazda i ptasiej mamy. Nie można!
Nawet co do gatunku miałam wątpliwości. Po kształcie dzioba wydedukowałam, że gołąb. Odruch serca
kazał synkowi odebrać małym oprawcom pisklę i uratować przed zakopaniem żywcem w piaskownicy,
no ale co dalej? Trzeba było jednak spróbować i coś wymyślić. No przecież na pewno wiesz, uratuj go,
słyszę znowu. No i zabrałam się do dzieła. Czym karmić, a co ważniejsze jak karmić takiego pisklaka ?
Wiedziałam tyle: gołębica karmi młode takim mleczkiem z wola, gdzie maluchy wkładają dziób i piją: a
ja w co ten dziób włożę, dumałam… I eureka! wymyśliłam sposób, jak się okazało niezawodny. A teraz
co dawać? Ale jakie możliwości ma człowiek, który staje przed tym dylematem, niewielkie, bo mu żadna
gołębica nie podpowie. No to wyszło z obliczeń, że troszkę mleka, troszkę manny drobniutkiej,
ugotowanej na wodzie i pierwsza mieszanka powinna się nadać. Albo, albo…A jaki to był sposób na

karmienie? Otóż obejmowałam dziób pisklaka trzema palcami: kciukiem, wskazującym i środkowym, a
do środka pomalutku pipetką nalewałam to pseudopisklakowe jedzonko. I ku mojemu zdumieniu …
zaskoczyło! Po jedzonku kilka kropli wody do popicia tym samym systemem. No i pisklak wtedy
postanowił: będę żył, a co mi zależy!!! Jakiś czas karmienie tak się odbywało, a wola życia pomagała
żebyśmy robili postępy. Potem zaczęło być łatwiej, bo każde zbliżenie się do koszyczka wymoszczonego
siankiem, który odtąd był ptasim gniazdkiem, powodowało automatyczne otwieranie się przepastnego
dzioba na całą szerokość i można było zacząć tam “wrzucać” coraz śmielej różne smakowite różności, a

to troszkę grubszą kaszkę gotowaną, troszkę białego serka (wapń), tłuczony na drobno słonecznik , no i
takie preparaty wapniowe dla ptaszków, żeby mógł się opierzyć. Pisklak po otwarciu oczek zobaczył
kogo? No mnie w charakterze gołębicy i już tak zostało. Pojawił się gdzieniegdzie fikuśny puszek i już
nie był taki podobny do szarej szmatki z dziobem.
A potem to już rutyna i coraz łatwiej było. No i trzeba mu było w końcu jakieś imię wybrać. Jednogłośnie
przeszło, że będzie Kubuś. No i rósł sobie Kubuś mieszkając w koszyczku na parapecie okna z widokiem
na świat, aż wyrósł na okazałego gołębia sierpówkę.
I wszystko by było dobrze, gdyby nie to, że wmówił sobie, że łączy nas jednak jakieś pokrewieństwo i
nabrał człowieczych manier. Podczas naszej nieobecności w domu, zaopatrzony w zapasowe jedzonko
przy koszyku siedział grzecznie za firanką i oglądał świat albo posypiał. Jak wracałam do domu ja lub

ktoś z domowników, ubieraliśmy na siebie taka pelerynkę jak u fryzjera i odsłaniało się firankę, za którą
Kubuś już dreptał niecierpliwie i wskakiwał natychmiast na ramię. Od tego momentu wszystko już
odbywało się w domu w jego nieodłącznym towarzystwie. Gotowanie, sprzątanie i wszelkie inne sprawy.
Łącznie z kąpielą oczywiście, bo jeśli człowiek kąpie się w wannie, to dlaczego gołąb nie miałby też, a
czemu nie? No to Kubusiowi nalewało się wody do umywalki i tam się chlapał do woli. Potem suszenie
piórek na suszarce do ręczników i oczekiwanie na wyjście z łazienki. Zawsze musiał sprawdzić, co też ci
ludzie jedzą, bo jak jedzą, znaczy się dobre jest. I tak poznał z własnej woli wszelkie egzotyczne dla
ptaka potrawy: jabłko, bo skoro je człowiek , to się nadaje, ziemniaczki trzeba było dziobnąć,
marcheweczkę i wiele innych. No ale Kubuś dorósł i myślałam, że zechce nas opuścić, ale gdzie tam!
Wychodziłam z nim na balkon, żeby poczuł wiatr w skrzydłach (bo już nauczył sie latać po pokojach
szukając najlepiej pasującej mu osoby, żeby na niej przycupnąć na ramieniu) .Ale wyjście na balkon
powodowało, że gołębisko uciekało do mieszkania. Przyszły wakacje, i co tu robić z Kubusiem?
Postanowiliśmy wyjechać z gołębiem… w koszyku. Mieszkał sobie z nami znowu na parapecie,
największym jego wyczynem było podfrunięcie na płotek, na jakąś pobliską gałązkę i znowu biegiem
fruuu do bezpiecznego koszyka albo na ramię. Wzbudzaliśmy sensację na spacerach z gołębiem, ale
Kubuś zawziął się i nie chciał przyznać do gołębiego rodu. Nasze Kubusiowe przygody trwały 3 lata. Z
tym, że jego stosunek do mnie z czasem nieco się zmienił…
Jednym słowem zaczął się do mnie zalecać gruchając i kłaniając się do mnie. Usiłował siedząc przytulony
na ramieniu włożyć znienacka dziobek do ust. Żal mi było ptaszydła, że się marnuje choć było mu raczej
dobrze z nami, ale przecież musiała zadziałać natura.
Aż tu nagle kiedyś przyleciała na balkon gołębica. Ta właściwa połówka jabłka… i po raz pierwszy
Kubuś poczuwszy wolę Bożą, wyfrunął do niej na balkon. No i zakochał się od pierwszego wejrzenia! I
wyfrunął dalej za swoją wybranką… Co to była za radość, ale i rozpacz czarna: bo to czy sobie da radę,
czy odnajdzie balkon wśród tylu takich samych, co będzie jadł, bo w domu wszystko pod dziobek było.
Ale Kubuś przepadł. Trzy dni chodziliśmy po osiedlu i okolicy szukając i nawołując i nic, tylko ludzie
dziwnie na nas patrzyli. Aż tu nagle czwartego dnia gołąbek znalazł balkon i przyleciał… z gołębicą. Od
tej pory byli nierozłączni. Oczywiście przyprowadził partnerkę do darmowej stołówki, bo co się będzie
męczył szukaniem jedzonka. Ale do mieszkania do środka już nie wszedł. Z czasem gołębica się też tak
oswoiła, że jadła z ręki, ale tylko na parapecie. Kubusie dochowały się dzieci, które też zaczęły
przychodzić na balkon, ale niestety były odpędzane od stołówki. Jadły tylko wtedy, kiedy rodzice
odfruwali. Przylatywali tak przez 5 lat jeszcze, a potem znalazł pewnie schronienie już za tęczowym
mostem, a przylatywały tylko jego dzieci i krewni.
I taka to przydługa Kubusiowa historia, ale i cudowny okres wielkiej z ptakiem przyjaźni.”

Kilka miesięcy później sytuacja się powtarza. Z Rzeczpospolitej Ptasiej otrzymuję mail z propozycją odebrania
tytułu jej ambasadora. Mail kusi, ale proza życia każe siedzieć w domu, wszak jeść człowiek musi przez
cały miesiąc. Liczymy z żoną pieniążki i wychodzi nam na to, że jednak nie pojedziemy. Anna znowu
bierze inicjatywę w swoje ręce, mówi o możliwości ponownego spotkania, i w końcu jedziemy. Muszę
powiedzieć, że od 25 kwietnia 2009 roku pisze mi się lżej, łatwiej, lepiej. Nawet teraz uważam, że od tamtego czasu moje posty na blogu stają się jakby ciekawsze. Coraz częściej moje posty zostają wyróżniane na www.gazeta.pl z czego oboje bardzo się cieszymy.

Dzięki temu poznaję nowe osoby, otwieram sobie furtki, o których istnieniu nie miałem żadnego pojęcia. Poznaję ludzi pokroju znakomitego fotografa, Artura Tabora, którzy okazują mi sporo życzliwości. Świat, od czasu gdy jestem ambasadorem Rzeczpospolitej Ptasiej jest po prostu piękniejszy.
Sytuacja jest komfortowa. Kasia z Anią się zaprzyjaźniają. Czasami, jak zajdzie taka potrzeba, wspierają
się. Spotykamy się co roku w Słońsku. Chwalimy się znajomością z Anią, a po jakimś czasie mamy
wrażenie, że co niektóre osoby najchętniej odebrałyby nam tę znajomość.
W naszej przyjaźni w pewnym momencie drogi się rozeszły. Ewidentnie z mojej winy. Czasami, zwykle
pod presją, zachowuję się irracjonalnie. Ale kiedy upadam, to zwykle też wstają. Potrafię przeprosić.
Staram się naprawić co popsułem.
Oboje z żoną cieszymy się ze znajomości z tak dobrym człowiekiem. Cieszymy się z dalszych spotkań,
które miały miejsce między innymi w Obrzycku, w Zabrzu czy w Warszawie. Ania uważa, że miałem potencjał żeby
pisać książki, podczas gdy ja w dalszym ciągu kurczowo trzymam się przypadków.
Gdy ukazuje się moja nowa książka to ślę ją do naszej Zabrzanki z podziękowaniami i wdzięcznością.
Całą trójką cieszymy się z tej przyjaźni.
PS. Wiem dobrze, że bez Ani przekonania, że jest coś w moim pisaniu, nigdy bym nie osiągnął tego co
mam.

I zupełnie ostatnia historia. To Ania otworzyła mi oczy na ptaki pospolite:

-Marku, a co to za piękny ptak siedzi na tym krzaku?

Na krzaku siedzi „tylko” trznadel, więc pytam Anię gdzie ten ptak jest.

No tutaj, na tym krzewie. Jest taki śliczny, żółciutki jak słoneczko…

Ania na spotkaniu w Katowicach z Marcinem Kostrzyńskim

3 komentarze

  • felixiana

    Marku, ale się rumienię! Miło mi niezmiernie, ale też troszkę się wstydzę, że aż na takim forum mnie przedstawiłeś…
    Dziękuję za dobre słowa, a cieszy mnie niezmiernie, że przytoczyłeś moją historię z Kubusiem, najsłodszym i najukochańszym ptakiem jaki postanowił spędzić jaką część życia ze mną i rodziną.

Leave a Reply

%d bloggers like this:

Strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki. Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe. Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do polityki cookies tej strony: https://plamkamazurka.pl/polityka-cookies/. Znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij