Ogólne

Trzy małe uszatki

Mamy wiosnę, czas lęgów. Czasami z tymi lęgami nie wszystko idzie tak jakby należało i dochodzi do sytuacji, w których decyzje podejmować musimy my. Nigdy coś takiego mnie nie spotkało i szczerze mówiąc nie chciałbym mieć takiej przygody. Czasu na podjęcie decyzji mamy niewiele, a zdawać sobie musimy, że cokolwiek postanowimy w takich chwilach, to skutkować może całe życie pisklęcia, które zdane jest na nas.

5 maja na osi czasu Dariusza Bursztynowskiego znalazłem taki oto post:

Właśnie zostaliśmy na chwilę sowimi rodzicami. Nawet nie znamy ich gatunku. W każdym razie na pewno gniazdowy – resztki domku leżały pod modrzewiem i na gałęziach krzaka. Dwie nie przeżyły, ta trójka – mam nadzieję – da radę. Za godzinę-dwie jadą do specjalisty, na razie czekają w przybranym gniazdku, dogrzewane termoforem.

[Edit] Aktualizacja: To uszatki. Nawiązaliśmy kontakt ze specjalistami. Nie za bardzo był sens próbować instalować sztuczne gniazdo. Rodzice pewnie i tak będą mieć drugi lęg w tym roku, więc odrobią stratę. Ptaki trafiły w dobre miejsce, z oceną stanu zdrowia jako dobrą – są żwawe, bez urazów, jeden nawet pióra (lub raczej puch) sobie czyścił. Rokują duże szanse na powrót do naturalnego środowiska. Tylko na razie trzeba będzie starać się o myszy, bo tam na miejscu jeszcze inne takie żarłoki. Okrutna ta natura jest.

[Edit2] Sprawdziłem uszatki – jednak mają jeden lęg w roku. Te dorosłe być może pojawiły się, bo sąsiad niby coś słyszał po nocy. Ale te są za małe, żeby je zostawić na ziemi, bo nie podskoczą na jakiś krzak w razie zagrożenia. W ich obecnym miejscu jest teraz jeszcze mały puchacz i ma się dobrze. Więc chyba dadzą radę i one.

Tu proszę na chwile przerwać czytanie i zastanowić się nad pytaniem – co ja zrobiłbym, gdyby podobna historia spotkała mnie. Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że mam długą listę kontaktów w telefonie i… myśleć nie muszę 😉 😛

Historia trzech małych uszatek toczy się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Poprosiłem Sławka Rubachę o pomoc dla pana Dariusza, a efekty współpracy są niezwykłe. Spójrzcie zresztą sami:

 W konsultacji ze Sławkiem Rubachą dziś sporządziliśmy z Małgosią zastępcze gniazdo. Fota samej „skorupy” poniżej, fotkę z wyściółką może podrzuci Małgosia). Przed zachodem słońca domek powędrował na wybrane drzewo, odległe od oryginalnego o jakieś 12 metrów (nie miałem drzewołazów, aby wejść z 15 metrów na oryginał po zupełnie łysym pniu). Zawisł na około 9-10 metrach. Zaraz potem do domku bezpiecznie powędrowały uszatki, wcześniej dobrze nakarmione myszami. Pnie jodełki i kilku sąsiednich drzew spryskałem dezodorantem dla odstraszania kun itp. Już po zachodzie słońca odwiedziłem miejsce, puszczając z komórki nagrania piskląt uszatki (nie ma to jak internet). Prawie od razu posłyszałem wielokrotne pohukiwania samca uszatki (konsultowałem to ze Sławkiem, na podstawie nagrań dostępnych na fachowej stronie). Gniazdo jest solidne, przeżyje pewnie tę jodełkę. Jest duża szansa na to, że pisklaki odzyskały lub odzyskają rodziców. Jako niedowiarek-empirysta, będę jeszcze monitorować gniazdo dla nabrania pewności. Pozostaje podziękować Sławkowi za inicjatywę i konsultacje, a Piotrkowi Szopińskiemu z Dołżycy za opiekę na pisklakami przez dwa dni. Chyba można też wypić kielicha za powodzenie uszatek.

Kończąc historię trzech małych uszatek pragnę was uspokoić. Rodzice podjęli opiekę nad młodymi. Karmią je tak, że te nie nadążają rady jeść. Wierzę, że wyrosną na trzy duże uszatki, które będą pogromcami gryzoni. Wierzę, że tak się stanie, bo mają zwyczajnie szczęście.

PS. Tekst i zdjęcia państwo Małgorzata i Dariusz Bursztynowscy.

Dziś w nocy strasznie lało i ochłodziło się też solidnie. Pełen obaw, skonsultowałem sprawę ze Sławkiem i ruszyłem, żeby sprawdzić stan młodych w gnieździe. Lornetką zlustrowałem okoliczne drzewa – nie zauważyłem dorosłych. Wszedłem na górę, zabrawszy przy okazji poćwiartowaną mysz, którą kot sąsiadów złowił dziś rano. Zaglądam, patrzę – małe żyją i gapią się na mnie tymi żółtymi oczkami. Daję najbliższemu dziobowi smakowity kąsek, a on bierze i wypluwa. Drugiemu dziobowi daję udko, też wypluwa. Na to wyłazi spod spodu trzeci dziób i też odmawia. No to zaczynam zbierać wyplute kawałki, które spadły na spód gniazda. Robię trochę miejsca wśród młodych, żeby uchwycić ten na samym dnie i patrzę, a tu równo rozciągnięta, calutka duża mysz! Czyli co – chyba można odtrąbić sukces? Gniazdo będziemy obserwować z dołu, drzewo będę psikać antykunowo. A małym życzę, żeby nie musiały więcej oglądać ludzkiej gęby z tak bliska. W sumie mała rzecz, a cieszy. A ja mogę spokojnie wrócić do pracy, bo te dwa dni trochę mnie jednak odciągnęły od roboty. Vivat uszatki!

Leave a Reply

Strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki. Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe. Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do polityki cookies tej strony: https://plamkamazurka.pl/polityka-cookies/. Znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij