Ogólne

Fragmenty „Ptaków” z „Ptaki i ja, czyli moje lata z blogiem”

Moje opowieści o ptakach na blogu rozpoczęła historia pewnego szczygła, który pod moim oknem znalazł słonecznik. Roślina ta wyrosła z ziarna, które zimą musiało wylecieć z karmika. Padło ono na nie najgorszą glebę, dopisało trochę szczęścia i latem doczekałem się wysokiej na półtora metra rośliny, której koszyczek nasion okalały duże, żółte kwiaty języczkowe. Obserwując z bardzo bliska tego pięknego ptaszka przypomniałem sobie powiedzenie o kimś, najczęściej o dziecku, że jest wesoły jak szczygieł na wiosnę. Po wielu latach poszukiwań ptaków w naszym życiu znalazłem ciekawą kompilację tego przysłowia w „Warszawie dzikiej” Arkadiusza. Jego „wesoły jak szczygieł na oście” dokładnie nam mówił o tym co te ptaki lubią najbardziej.

Utarło się, że szczygieł pięknie śpiewa. Mnie jakoś specjalnie nie zachwyca. Jednak amatorów swojego śpiewu miał zagorzałych. W XIX wieku był najliczniejszym gatunkiem krajowym więzionym dla śpiewu, jak i urody. Tu wypada przypomnieć, że ówczesne klatki niewiele obszerniejsze były od pudełek do butów. Miłośnicy szczygłów uczyli swoich podopiecznych melodii, jak i sztuczek polegających na na przykład przyciąganiu wózka z wodą czy pożywieniem.

Szczygła widziałem czasami w zimowym karmniku, gdzie wraz z innymi łuszczakami wcinał z apetytem słonecznik. Czasami widywałem go na spacerach, ale takie coś miało bardzo rzadko miejsce. Profesor Jan Sokołowski pisał o jego liczebności w swoim atlasie „Ptaki Polski”, ze jest „rozpowszechniony w całej Polsce, lecz niezbyt liczny”. Muszę przyznać, że takie określenie liczebności nic mi nie mówiło. Kilkanaście lat później w „Trendach liczebności ptaków w Polsce” dowiem się, że tak naprawdę szczygieł jest licznym, poza rejonami silnie zalesionymi, gatunkiem. Jego populacja oceniana jest na 665-916 tysięcy par lęgowych. Ale niestety cechuje ją umiarkowany spadek. Szczygieł lubi jeść nasiona ostów, na tyle, że naukowej nazwie ma zachowaną łacińską nazwę tego przysmaku, Carduelis carduelis. Musiał też lubić też konopie, bo nazywano go dawniej konopniczkiem.

Pisząc pierwszy raz o szczygle napomknąłem o słoneczniku. I o van Goghu, który namalował swoje słynne „Słoneczniki”. O szczygłach które wyszły spod pędzli Carela Fabritiusa (ucznia samego Rembrandta) i Rafaela Santi dopiero miałem się dowiedzieć. Jak i o tym, że tego ptaka też zabierali ze sobą emigranci wybierający się do Australii, Nowej Zelandii i części Ameryki Południowej.

Czasami zastanawiałem się jak to jest ze znaną powszechnie wesołością szczygła? Myślę, że jeśli jest pozostawiony samemu sobie, to ma powody do radości. Gorzej jest z pewnością gdy schwytany jest i wywożony w obce strony. Albo nie daj Boże umieszczony w klatce. Pewnie tak samo byłoby nam nie do śmiechu gdybyśmy my w podobnych znaleźli się opresjach.

Następnym gatunkiem którego opisałem na „plamce mazurka” był rybołów. Gatunek skrajnie nieliczny, więc mogę powiedzieć krótko: rarytas. Ptak na którego przyrodnicy chuchają, a kłusownicy pokątnie strzelają. Można domyślać się, że kłusują właściciele stawów hodowlanych, wszak wizyta rybołowa szacowana jest przez nich na 10 złotych.

Jedną z obserwacji rybołowa zaliczyłem na spacerze z synem. Szliśmy akurat doliną Warty gdy zauważyliśmy jego sylwetkę nad stawami położonymi koło Okrągłego Lasu. Długo nie musieliśmy czekać, jak upolował całkiem sporą rybę. Przypuszczam, że jak w stawie hodowlanym, to pewnie karpia. Ryba na chwilę wyślizgnęła się ze szponów rybołowowi, ale ku naszej radości ptak ją szybko pochwycił i poleciał ją wpałaszować.

Nie była to moja jedyna obserwacja polującego rybołowa. Największe wrażenie zrobiło na mnie polowanie w którym ptak w ataku na rybę zanurzył się całkowicie w Warcie. Gejzer wody, który go pokrył, miał z całą pewnością metr wysokości. Po chwili ptak wynurzył się z wody i szybko poleciał ku suchemu drzewu rosnącemu w dolinie rzeki, na którym zaraz rozpoczął konsumpcję ofiary. W ślad za nim poleciała czapla siwa, która zachowując odpowiedni dystans, usiadła na tym samym drzewie.

Rybołów w Polsce jest skrajnie nielicznym gatunkiem lęgowym. Liczy zaledwie około 24-39 par lęgowych. Każdy przyzna, że jest to strasznie mało. Zwykle przebywa w lasach obfitujących w duże, otwarte zbiorniki wody, w pobliżu wybrzeży morskich, rozlewisk i mokradeł. Gniazdo zakłada na szczycie drzewa, zwykle na co najmniej 160-letniej sośnie. Taka sosna tworzy parasolowaty wierzchołek, a nie spiczasty, na którym łatwiej jest zbudować solidne gniazdo. Takiej budowli używa latami. Wokół miejsc lęgowych rybołowów obowiązuje strefa ochronna: przez cały rok w promieniu do 200 m, a okresowo, od 1 marca do 31 sierpnia, – w promieniu do 500 m od gniazda.

Zapytałem kiedyś profesora Bereszyńskiego dlaczego w takim wypadku nie pokrywa się strat rybakom ponoszącym straty. Tak jak dzieje się to w przypadku wilka, rysia, niedźwiedzia i bobra. Odpowiedź była druzgocąca:

– Panie Marku, gdyby wprowadzono odszkodowania za straty, to okazałoby się, że rybołowy są widywane nad każdą kałużą.

Myślę, że myszołów jest idealnym ptakiem do obserwacji dla początkujących. Jest piękny, widowiskowy i chyba jak batalion niepowtarzalny w barwach swojego upierzenia. Na dodatek tego jest najliczniejszym gatunkiem z ptaków szponiastych. Jego populacja waha się w granicach 48-55 tysięcy par lęgowych, a w ostatnich latach charakteryzuje się niestety umiarkowanym spadkiem.

– Myszak – powiedzą z nutką lekceważenia na jego widok co bardziej doświadczeni ptasiarze. Czy mają rację? Muszę się przyznać, że chyba jestem jakimś nawiedzonym estetą i nie podoba mi się mało eleganckie określenie „myszak”, ani znaleziony w Wikipedii „myszołów zwyczajny”. Tu może wyjaśnię, że wszystkie nazwy ptaków których tu (i w ogóle) używam znajdziemy na Liście Awifauny Krajowej Komisji Faunistycznej Sekcji Ornitologicznej.

Świetnie za to scharakteryzował myszołowa niemiecki ornitolog, Otto Kleinschmidt, pisząc: „Bardzo pospolity ptak, a jednak ile uroku – poezja, może jeszcze ładniejsza niż w pieśni skowronka i w śpiewie słowika”.

Myślę, że właśnie na tym uroku przy obserwacji tego ptaka powinniśmy się skupić. Może po prostu za krótko na niego patrzymy i nie mamy szans na dostrzeżenie owej poezji?

Myszołów poluje najczęściej na niewielkie ssaki. Głównie łupem padają norniki. Łowi też płazy i gady, owady, a wiosną także pisklęta, szczególnie gatunków naziemnych. Spory udział w jego diecie ma padlina. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że jeśli myszołów siedzi na padlinie żubra (jelenia, dzika, zająca), to nie znaczy, że nasz myszołów tego zwierzaka zabił.

Na myszołowa czyha wiele niebezpieczeństw. Są to między innymi chemizacja rolnictwa, zanik remiz śródpolnych. Jednak wiadomość znaleziona na stronie Komitetu Ochrony Orłów jest dla mnie porażająca. Najwięcej myszołowów ginie w wyniku nielegalnych odstrzałów.

„W Polsce stan bielika nie jest tak beznadziejny, jak orła przedniego, jednak ilość gniazd prawdopodobnie nie przekracza liczby 20” – pisał w „Ptakach ziem polskich” Jan Sokołowski. Obecnie jego populacja szacowana jest na 1,3 – 1,9 tysiąca par lęgowych i wciąż wzrasta. Co jest przyczyną tego niesamowitego zjawiska? Z pewnością zakaz stosowania osławionych pestycydów DDT, jak też wprowadzenie ścisłej ochrony i stref ochronnych wokół gniazd. Współpraca pomiędzy ornitologami a leśnikami dała wspaniały rezultat.

Zobaczenie bielika w pobliżu Obrzycka, miasta w którym mieszkam, na początku mojej ptasiej przygody było wielkim marzeniem. Według wspomnianych już „Ptaków Polski” był on bardzo nielicznym gatunkiem. Otuchy na rychłe zobaczenie ich był fakt, że ksiądz Jerzy Kaczmarek znalazł stanowisko lęgowe tych wielkich ptaków. Bieliki zobaczyłem szybciej niż myślałem, że to nastąpi. Obserwacja nastąpiła z dużej odległości, ale wielkie skrzydła i białe ogony widziałem wyraźnie. Później widywałem te ptaki setki razy. Czasami po kilka (6-8) osobników, co też obecnie nie jest czymś wyjątkowym. Kilka razy widywałem go będąc na Rynku Obrzycka, a nawet z okna swojego domu. Jednak chyba żadna obserwacja nie dostarczyła mi tyle ekscytacji i niezapomnianych wrażeń co ta pierwsza.

Nasze, polskie, bieliki budują gniazda wyłącznie na drzewach. Jeżeli ptaki nie są nękane, to po iluś latach użytkowania owe gniazdo przemienia się w gigantyczną twierdzę o rozmiarach 4 metrów wysokości, 2,5 metrów średnicy i ważącą nawet tonę. Bieliki nękane różnego rodzaju odwiedzinami mogą mieć nawet kilkanaście, ale już niezbyt imponujących, różnych siedzib. 70 procent gniazd te ptaki budują na sosnach, 10 procent na bukach. Pozostałe drzewa możemy określić jako okazjonalnymi. Są one trudno dostępne i naprawdę zasługują na miano orlich gniazd. Przeciętna wysokość ich usadowienia wynosi 18-25 metrów nad ziemią. Najniższe zbudowane gniazda były na brzozie (6 metrów) i olszy (8 metrów). Najwyższe było zbudowane na wysokości 35 metrów na sośnie. Muszę tu jeszcze dodać wiadomość, że jakkolwiek gniazda bieliki budują zwykle kilka kilometrów od zbiorników wodnych, to na łowy lecą dalej. Nawet i kilkanaście kilometrów.

Samica składa zwykle 2-3 jaja (wyjątkowo 1 lub 4). Ptaki wysiadują jaja od złożenia pierwszego jaja przez okres 38 dni. Taki fakt sprawia, że najmłodsze pisklę ma najmniejsze szanse na przeżycie. Na ich szczęście u bielików nie zachodzi zjawisko kainizmu. Jaja w głównej mierze (tak z 70 procent czasu) wysiadywane są przez samicę. Samiec, który w nocy przebywa w pobliżu, zmienia ją zazwyczaj rano. Można by rzec, że jest szarmancki, posiłki znosi jej na skraj gniazda. Będzie w błędzie osoba która pomyśli, że taki bielik klawe życie ma. Bywa celowo zabijany za pomocą broni, pułapek i zatrutych przynęt. Taki proceder ma stosunkowo często miejsce w pobliżu niektórych kompleksów stawów rybnych. Innym zagrożeniem dla bielików jest wycinka starodrzewi (jako potencjalnych miejsc lęgowych) czy rozwój energetyki wiatrowej w miejscach występowania gatunku.

Bielik, wielki ptak. Silny, wręcz potężny. I tak bezradny wobec naszych poczynań.

Uważam, że jednym z czynników mądrości życiowej jest umiejętność dostosowywania się do otaczających nas warunków. Jako, że owe warunki zmieniamy zwykle my, ludzie, to nam znacznie łatwiej jest się w nich odnaleźć. Za to na pewno trudniej dzikim zwierzętom. A zwłaszcza ptakom. Dla przykładu podam fakt, jeśli zasadzimy drzewami pole gdzie do tej pory lęgi odbywały skowronki, to te ptaki bezpowrotnie tracą owe miejsce lęgowe. Nasze poczynania bardzo często mają wpływ na dalszy los ptaków.

Grzywacz, nasz największy dziki gołąb, też zmienił środowisko. Niegdyś był rozpowszechniony przede wszystkim w lasach, obecnie jest znacznie liczniejszy w miejskich parkach. Co by nie powiedzieć grzywacz wykazał się sporą mądrością życiową. W parkach nie wywierają na niego tak wielkiej jak w lasach presji wszelkiego rodzaju drapieżniki.

Lubię patrzeć na loty tokowe grzywaczy. Bardzo mi się podoba jak samiec najpierw ostro wzbija się do góry, po czym łagodnie opada lotem szybowcowym. Podrywając się do lotu czasami głośno klaszcze skrzydłami. Pięknie to ujął Taczanowski: „… zrywając się lub bujając w powietrzu klaskają silnie skrzydłami, podobnie do silnego klaśnięcia w ręce.” No właśnie, bujaniem. Kto teraz opisałby tak pięknie lot grzywacza?

Bycie największym w rodzinie gołębi nie daje jednak żadnych profitów. Grzywacz od połowy sierpnia do końca listopada jest gatunkiem łownym. Co bardziej zapalczywi myśliwi, za pomocą urządzeń wabiących, zabijają nawet ponad 20 osobników dziennie. I przechwalają się na Facebooku swoimi rekordami. Mimowolnie przypomina mi się, że na Letnich Igrzyskach Letnich w Paryżu w 1900 roku była dyscyplina strzelania do żywych gołębi. Zwycięzca, Belg Leon de Lunden, zdobył 21 punktów. Na szczęście, choć nie wiem z jakiego powodu, medalu za swój rezultat nie otrzymał. Myślę, że punkt stanowił życie jednego gołębia. Na szczęście „paryska dyscyplina” odbyła się jeden raz. Tylko i aż. Niestety, ale polowania na grzywacze trwają co roku.

Na myśliwych którzy zabijają na akord grzywacze sypią się zawsze fale hejtu. Czasami myślę, że niesłusznego. Przecież ci myśliwi pokazują, nie tylko miłośnikom i przeciwnikom polowań na nie, sens polowań na ptaki. Pokazują również osobom, które w dupie mają wszelkie polowania, że otoczka tradycji i nimbu prawdziwej męskiej przyjaźni, nie do końca jest taka jaką myśliwi chcą postronnym ludziom pokazać.

W komentarzach aprobujących wyczyn rekordzistów inni myśliwi potrafią snuć ciekawe ideologie: „sąsiedzi zjedzą i koledzy i nawet wypiją i rozmawiać będą i nawet śmiać się będą z lewicowców i wszelkiej maści zielonych oszołomów”. Pewnie taki jeden z drugim nie wie, że wśród myśliwych jest jeszcze sporo dawnych decydentów z czasów nieboszczki PZPR, którzy obecnie razem z co niektórymi księżmi strzelają do zwierząt z ambony.

Ta część myśliwych źle interpretuje Pisma, w którym pisze, że zabijanie zwierząt bez potrzeby jest ohydą dla Stwórcy. Jak ktoś nie ma litości dla ptaków to nie będzie miał i dla ludzi.

Dymówka, której możemy śmiało przypiąć łatkę włóczęgi natury, jest licznym, a w środkowej Polsce nawet bardzo licznym, gatunkiem ptaka. Swój los związała z człowiekiem, chętnie gnieździ się wewnątrz budynków gospodarczych. O gatunku tym, jako że uzależnił się w dużym stopniu od naszych działań, śmiało możemy mówić, że jest synantropijny.

Jaskółka ta jest ptakiem krajobrazu rolniczego. Żeruje chętnie na otwartych przestrzeniach (łąki, pola, pastwiska). Jest jednym z tych gatunków, którym nie przeszkadzają przekształcenia w rolnictwie (monokultury). Unika natomiast lasów, a nawet i drobnych zakrzaczeń śródpolnych.

Wierzenia ludowe dotyczące ptaków są dla mnie bardzo ważnym elementem w tworzeniu własnego wizerunku ptaka. Weźmy chociażby takie zimowanie. Obdarzony bogatą wyobraźnią lud kazał zimować ptakom w różnych miejscach i w różnych postaciach. I tak niektóre z nich zimowały w mysich norach, pod polnymi kamieniami, bądź zamieniały się w myszy. Jaskółki zimowały na dnie stawów. Przekonanie to było na tyle silne, że jeszcze nawet w XVIII wieku pogląd ten podzielali ówcześni przyrodnicy. Nawet kiedy już dowiedziano się o ptasich przelotach, to i tak wplatano do nich wątki fantastyczne. Jaskółki, według nich, miały przylatywać na nasze ziemie w ogonie bociana.

Wierzenia takie mogą zadziwiać, wszak Fizjolog, wczesnochrześcijański, anonimowy tekst starogrecki, zauważył, że jaskółka jest ptakiem wędrownym.

Myślę, że jeśli mielibyśmy trzymać się starogreckich wątków, to warto byłoby wspomnieć całkiem ciekawą i makabryczną awanturę jaka zapanowała w domu Tereusa. Tereus, król Daulis, dla urozmaicenia swojego nudnego królewskiego żywota, zgwałcił Filomelę, siostrę swojej żony. Aby pozostało to w sekrecie, to wyrwał swojej ofierze język. Prokne pomimo tego i tak dowiedziała się o postępku męża. Kobieta w szale zabiła swojego i Tereusa syna, a jego mięso podała mężowi do zjedzenia. Tego już było dosyć bogom. Prokne zamienili w słowika, Tereusa w dudka, a nieszczęsną Filomelę w jaskółkę. Musimy też pamiętać, że w jaskółkę zamieniały się czasem urocza Afrodyta i mądra Atena. Tą drugą pokazał nam w scenie rzezi zalotników w „Odysei” Homer: „wzleciała na sczerniałe od dymu sosręby megaronu i usiadła podobna jaskółce”.

Obok szczura, pcheł i paru innych, nietypowych raczej stworów, jest najwierniejszym człowiekowi zwierzęciem. Jeśli jednak dwa wymienione nie budzą naszych sympatii, to nieobecność wróbla bywa bardzo szybko zauważalna. I odczuwalna. Migranci udający się do obu Ameryk, południowej Afryki czy Australii często zabierali ze sobą swojego ćwierkającego towarzysza doli. Nie zawsze była to trafna decyzja, ale nie o tym dziś chcę mówić. Wróbel zamieszkiwał ciepłe strzechy naszych przodków i dobrze mu było z tym. Naszym dziadom też chyba nie było najgorzej, bo na przednówku coś tam do gara można było włożyć. Nasz wierny przyjaciel występuje niemal wszędzie tam, gdzie występuje człowiek.

Wróbla dla siebie tak naprawdę odkryłem 13 października 2007 roku. Opublikowałem wówczas na „Plamce mazurka” post „Lepszy wróbel w garści„, na który otrzymałem bardzo dużo komentarzy. W komentarzach przeważały przysłowia związane z tym ptakiem, ale nie zabrakło również wierzy naszych wybitnych poetów. Wówczas dobrze zrozumiałem, że z wróbla jest nie byle jaki ptak.

W tamtym poście wspomniałem też o tym jak w Chinach wojowano z wróblami. Wojna była straszna. Ostatecznie wygrali Chińczycy, wróble zostały doszczętnie zniszczone, ale zwycięzcy okupili to wielomilionowym stratami ludzi, którzy zmarli z głodu. Nie wiedziałem wówczas, że nasi przodkowie w XIX wieku z równym zapałem rzucili się na wrogiego szkodnika. Szczególnie gorliwi byli ci z pruskiego zaboru, ale mieli życiowy fart. Na swoje szczęście nie byli tak skuteczni jak Chińczycy i kto wie czy dzięki temu nie ominęła ich klęska głodu.

Dowodem prześladowań, a zarazem niezwykłej dostosowywania się do nowych sytuacji wróbla są, a raczej były… strachy na wróble. Pamiętamy je? Bo ja tak i, przyznam szczerze, że trochę się za ich widokiem stęskniłem. Wróble, a właściwie mazurki, pewnie też. Po kilkudniowym oswajaniu się z gościem w swoim rewirze, traktowały go jak… swojego. Siadały na jego patykowatych ramionach, kapeluszu, a w jego kieszeniach, lub związanych rękawach spokojnie, nie nękane przez drapieżniki, wychowywały swoje potomstwo. Dobre to były czasy dla tych ptaków. Przyniesione na miejsce stanowisko lęgowe, na wyciągnięcie skrzydła jedzenia do oporu…

Na szczęście nie wszyscy palili się do zabijania wróbli. Albo do ich jedzenia. Tacy podstarzali wierzyli, że zjedzenie tego ptaszka miało poprawiać im potencję. Pewnie wiele wróbli lądowało w garach po to żeby owi goście mieli zaspokajać swoje erotyczne zachcianki.

Adam Mickiewicz, myślę że wieszcz też patrzał na ptaki. Ba, chyba też je bardzo lubił. Musiał też odwiedzać Maćka Dobrzyńskiego, który wróble karmił z ręki. Pewnie też lubił wróble, bo o nich spośród wszystkich ptaków najczęściej wspominał w swoim „Panu Tadeuszu”.

Adam doskonale wiedział, że wróble z większym śliniaczkiem dominują. Rolą tych z mniejszym było im ustępować. No chyba, że któryś z nich nazywał się… Soplica. Doceniał też odwagę tych ptaków zauważając w słowach Gerwazego: „Wróbel mniejszy niż puszczyk, a na swoich wiorach/ Śmielszy jest aniżeli puszczyk na dworach.” Myślę, że szanowny czytelnik wie jaką sławą w XIX wieku cieszył się puszczyk.

Wróbel bardzo pozytywnie wypada na tle wielu zwierząt w przyswajaniu nowych, nieznanych dotąd, pokarmów. Jeżeli będziemy od urodzenia wychowywać małpkę i nie włączymy w odpowiednim czasie do jej menu banana, to w dorosłym wieku ona bananów jeść nie będzie. Nawet jeśli ją mocno przegłodzimy. Bardzo pozytywnie tu wypada, obok tak inteligentnych zwierząt jak szczury, kruki i gawrony, właśnie nasz wróbel. On też przyswaja sobie nowe pokarmy przez całe swoje życie. Robi to pozornie szary, a według Wikipedii zwyczajny wróbel.

Niby taki mały, szary ptak z tego wróbla. Myślę, że jednak jeśli przyjrzymy się jakichś pięknym zdjęciom, na przykład Piotra Górnego, nieco uważniej to zobaczymy zgoła co innego. Choć zapewne nie dzięki urodzie, ale charakterowi w Polsce obdarzyliśmy tego ptaka największą ilością, spośród wszystkich gatunków, przysłów, powiedzeń (na przykład: „starego wróbla na plewy nie nabierzesz”). Ma wróbel swój w kalendarzu dzień, doczekał się nawet pomników. Już nie tylko Baranowicze, ale i nasze Kielce mogą się nim pochwalić. Wróbla uhonorowali w swoich dziełach poeci: Gałczyński, Mickiewicz, Poświatowska, Baczyński czy Leśmian.

Wróble musiały budzić swoją aurą wiele sprzeczności wśród naszych przodków. Pamiętano im, że to one przytarmosiły gwoździe do ukrzyżowania Chrystusa, ale nie wolno było ich chwytać w świętych miejscach. Nie wolno było na nie polować w niedzielę i w święta. Obserwowano zachowania wróbli po to żeby z nich wróżyć sobie pogodę. Największe wrażenie na mnie zrobiła wiadomość, że tu i ówdzie z ich odchodów wyrabiano… lekarstwa. Pewnie służyły one wspomnianym na początku panom, gdyż w Herbarium Falimirza stoi:

„Każdego wróbla mięso niedobre jest, wszakoż dla jego gorącości, kto chce dobre stroje***** mieć, może go pożywać.

Takież aczkolwiek każde jajca, zwłaszcza wróble, ku gamratowaniu silną pomoc dawają.

Popiół z gnoju wróblego z miodem pijąc albo z łyżką, albo ze dwiema miodowej wody, naprzeciwko wielkiej niemocy jest pomoc.”

Od dawna uważam wróbla za ptaka niesamowitego. Najefektowniej i najbardziej czytelnie jego niezwykłość wyłożył niemiecki ornitolog, Oskar Heiroth, którego cytat znalazłem w „Ptakach ziem polskich” Jana Sokołowskiego: „Jak to się dzieje, że ptak o wadze 30 g, nie chroniony, a wydany na zagładę, mimo wszystko jest najpospolitszą pierzastą istotą, żyjącą w bezpośrednim sąsiedztwie człowieka. Bywa nawet uciążliwy, czym ściąga na siebie różnorodne prześladowania?”

Prawda? Jak takie małe chuchro wytrzymywało z nami przez tyle lat? Jak dawało sobie radę? Bo obecnie to źle mu idzie. Widać poprzednie pokolenia choć nie szanowały go, ani lubiły, to nie były tak bezwzględne jak obecne. Nasze.

Dzisiejszy, chyba dość mocno rozbudowany, post pozwolę sobie fragmentem wiersza Leopolda Staffa „Do wróbla”. Ale przed cytatem pozwolę sobie na apel znanego na moim blogu Arka Szarańca, o wodę latem i garść słonecznika zimą w karmniku.

„Lecz czczę cię, wróblu, w skromnym tym panegiryku
Przeto, że nie masz innych cnót, zalet i chwały,
Wszędobylski, bezczelny, głodny uliczniku,
I w szarej swej beztrosce gwiżdżesz na świat cały.”

Grzywacz, fot. Piotr Górny www.piotr-gorny.pl

7 komentarzy

  • Avatar

    Komentarz

    Napisał Pan bardzo krytycznie o hodowcach ptaków. Sam nigdy nie trzymałem ptaków w klatce, ale znałem wielu hodowców różnych ptaków i przyznam, że ptaki były z nimi bardzo szczęśliwe.
    Tu dygresja. Na pewno czytał Pan książkę Jana Sokołowskiego „Tajemnice ptaków”, a zwłaszcza rozdział: „Ptaki w niewoli”. Wzór dla współczesnych ornitologów hodował mnóstwo ptaków i sugerował… trzymanie łuszczaków w ciasnych klatkach, aby nie mogły się obijać o ściany. Przyznam, że to początkowo mnie szokowało, ale teraz inaczej patrzę na słowa w tej książce.
    Jestem bardzo ostrożny w krytykowaniu miłośników ptaków. Współcześnie jedynie tzw. ptasiarze budzą we mnie smutek, bowiem są to współcześni myśliwi, polujący z aparatami fotograficznymi na wątpliwe trofea.

    • Marek Pióro

      Marek Pióro

      Zapytałem kiedyś hodowcę papug, czy nie tęsknią za wolnością, za przestrzenią i lataniem. Odpowiedział mi, że tak. Dlatego nie trzymam w klatce żadnego ptaka. Pewnie smuciłby mnie jego widok.
      Co do ptaków trzymanych w niewoli. No cóż, osobiście uważam, że ptaki po to mają skrzydła by latać. Nie mi polemizować z profesorem Sokołowskim…

Leave a Reply

%d bloggers like this:

Strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki. Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe. Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do polityki cookies tej strony: https://plamkamazurka.pl/polityka-cookies/. Znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij