Opowieści Arkadiusza Szarańca

Kochała żaby

Nie umiem czytać książek o Simonie Kossak. Powinny się ukazywać, ale nawet album Lecha Wilczka „Spotkanie z…” przeglądam z pewnym trudem. Otwieram jakby ukradkiem, odczytuję kilka stron, oglądam kilka zdjęć i – odkładam. Wracam do nich znowu po jakimś czasie, ale zwykle małymi ratami. Doceniam starania autorów i edytorów, aby ocalić od zapomnienia, co robiła i jaka była, ale …no, właśnie ten czas przeszły. Dlatego zaczynam od krótkiej migawki w czasie teraźniejszym.

Białowieża, prawie dwadzieścia lat temu. Kończy się międzynarodowy festiwal przyrodniczy, już obraduje jury, w którym bierze udział profesor Simona Kossak. Trwają jakieś rozmowy kuluarowe, wychodzę z jasno oświetlonego, zatłoczonego budynku i po kilkunastu minutach jestem w Puszczy. Jest chłodny październik, głęboka czarna noc i właśnie zaczynają ryczeć lwy.

To znaczy odzywają się pierwsze byki jelenie na rykowisku, ale ich pierwsze, próbne stęknięcia i głuche krótkie porykiwania sprawiają wrażenie kompletnie totalnie nie-jelenie. W ciemności jakby osaczają człowieka, trudno ustalić skąd się rozlegają – dudniące ciężkie głosy nie rozchodzą się lekko w powietrzu we wszystkie strony, tylko się toczą nisko tuż przy po ziemi – zupełnie jak ryk lwa, który kiedyś słyszałem w zoo. Leżał sobie leniwie, a potem kilka razy stęknął, wreszcie ryknął krótko raz i drugi, jakby od niechcenia, a jego głos najpierw usłyszałem, ale potem kiedy wrócił z echem po dłuższej chwili odczułem fizycznie, gdzieś tam w środku. Tak samo teraz kiedy idę przez Puszczę słyszę-czuję te pierwsze porykujące, nawołujące się i grożące sobie byki. „Eee..to jaaa! Tuuu jestem! – Słyyyy-szę…! Czeee-kaj no bratku już idę do ciebie…Chooodź, chooodź – TUUU jestem!…”.

Idę piaszczystą drogą w kierunku Dziedzinki, prawie nic nie widzę, czuję tylko ubitą, ale nierówną, nawierzchnię, czasem potykam się o głębszą koleinę i wchodzę w błoto, brodzę przez kałuże. Nagle w tej ciszy i ciemności pojawia się nowy odgłos – warkot samochodu, a w ciemność nocy wbijają się dwie smugi reflektorów, które tańczą we wszystkie strony, ślizgają się po mokrej kolumnadzie drzew i odbijają w błocie i kałużach. Mały, jasny „maluch” wyje i rzęzi, skacze jak żaba po koleinach, wydaje się, że zaraz wpadnie na pobliskie drzewo, ale wyrabia dzielnie na każdej nierówności i zakręcie, czasem wpada w kolejne bajoro czy dół, grzęźnie w nim na chwilę, ale zaraz się wydrapuje i pędzi znowu dalej, takim rwanymi susami, a z niezwykłą, triumfalną jakby swobodą i prędkością na prostszych odcinkach. Simona wyskoczyła z obrad i pędzi na Dziedzinkę – nakarmić jakiegoś oseska, jak zwykle kilka razy na dobę.

Minęły cztery godziny i znowu musi być pipetka, smoczek, pinceta w robocie, bo Ono jest GŁODNE! Mnóstwo miała takich lokatorów, pacjentów i podopiecznych… Była wśród nich nawet samica puchacza. Śmiertelne kiedyś przeraziła VIPa z ministerstwa, który zaproszony na Dziedzinkę – a nie każdy dostępował takiego zaszczytu – zasiadł sobie wygodnie w fotelu a „wypchane ptaszysko” zasyczało mu wprost do ucha, kłapnęło dziobem i chłopnęło głośno wielkimi skrzydłami. Ta puchaczyca ze wszystkich sił pragnęła zostać matką, Simona z niezmąconą cierpliwością pozwalała jej wybierać i okupywać różne upatrzone miejsca w interiorze leśniczówki, np. sieni i tamże wysiadywać jaja – ale niezalężone. Wiedziała, że puchaczęta z wdrukowanym takim obrazem człowieka i nawyków nie dadzą sobie rady w Puszczy.

Pupile Simony to temat na odrębną sagę. Wspaniale ją opowiadają przeróżne wspomnienia, spisane opowieści, przytaczane w książkach relacje, ale absolutnie niezastąpione są przy tym magiczne fotografie Lecha Wilczka. Słusznie trafiają na okładki książek, jak choćby ta Simony z łanią „czoło w czoło”. Jest też świetna seria ujęć z Koraskiem. Wielkie kruczysko, które potrafiło skutecznie zatruć życie wielu ludziom np. przy wyrębie drewna (kradł jedyny długopis nadzorcy i rozbierał powoli na jego oczach), albo nagle zwalić współgospodarza Dziedzinki wraz z rowerem do rowu (a siadał mu na głowie podczas jazdy!) – z niezwykłą atencją, wręcz czołobitnością traktował Simonę. Delikatnie ujmował w czubek dzioba jeden z rudych warkoczyków Pani Profesor – zupełnie jak paź z rewerencją niosący tren sukni swej królowej.

A trzeba przyznać obiektywnie, że to był istny gałgan, ten Korasek – kiedyś zepsuł całe metry cennej taśmy samemu Włodzimierzowi Puchalskiemu. Wielki filmowiec podczas wizyty na Dziedzince chciał zainscenizować rabunek gniazda kaczki krzyżówki przez kruka. Był akurat pod ręką, a jaja kacze zastąpiono jajami kur zielononóżek. To był ukochany rarytas Koraska, ale cwane kruczysko z jakiegoś względu nie chciało potulnie spełnić oczekiwań i zagrać w filmie. Przy każdym dublu wybierał jaja, ale zachodził coraz to z innej zupełnie strony, niż to przewidział reżyser i operator w jednej osobie. Puchalski podkładał nową przynętę, zmieniał ustawienie kamery…, ale nie przechytrzył Koraska.

Czy ktoś mógłby wymyślić wcześniej taki obraz uchwycony na zdjęciu tuż przed bramą Dziedzinki? Oto piękna, bardzo śnieżna, kopna zima – Simona wraca z zakupami, a tuż za nią…rudel saren, idą za nią trop w trop. Upalne lato – podrośnięty czarny bocian, młodziak, który ledwie co stracił biały puch też jej towarzyszy, chodzi za nią krok w krok, a kiedy tylko może przytula się do opiekunki, błogo przymykając przy tym oczy. Dwa łoszaki piją mleko z butelek trzymanych „stereo”pod pachami (jak podrosły musiały przy tym klękać). Młody ryś wtula się w Simonę, jak w matkę, a potem „poluje” na nią – jak błyskawica wypada spoza drzewa, gdzie czatował drżąc z niecierpliwości a następnie atakuje od tyłu nogę, wczepiając się wszystkimi ostrymi pazurami i zębami, stulając uszy z pędzelkami przy samej czaszce! Simona na podłodze, a na jej posłaniu pokotem rozwalają się zwierzęta. Każdy normalny śpi ze swoim psem, ale żeby wpuszczać do łóżka monstrualnego dzika?

Na pewno do szczególnie traktowanych ulubieńców Simony należały żaby.

Jedna z nich połączyła Simonę Kossak i Lecha Wilczka, który był pierwszym i przez pewien czas jedynym lokatorem Dziedzinki i z tego też powodu niechętnie się zapatrywał na jakiegoś tam intruza, którego mu siłą narzuciły władze Parku.

Oto prawdziwa scena sprzed lat: Lech Wilczek jako „prawowity a jedyny” Dziedzic na Dziedzince i niby legalny, ale jednak jej „dziki lokator” – Simona stoją po obu stronach płotu, czyli każdy na „swoim” i rozmawiają. Konwersacja jest oficjalna w tonie, nie klei się, ale nagle jedno z rozmówców mówi:

– O, żaba!..

– Gdzie, gdzie?!! – z ożywieniem zareagowało drugie.

No i płot graniczny dość szybko okazał się zupełnie niepotrzebny. Nie rozdzielał też zajmowanej pospołu leśniczówki (choć podzielonej na dwie równe części), ani też „kopii” (bo lepszej od oryginału) Tajemniczego Ogrodu na Dziedzince. Gościł on wielu ludzi, w tym wszystkich dyrektorów Białowieskiego Parku Narodowego, ale i rzecz jasna jeszcze więcej zwierząt. Niektóre z nich były przygarniane, przynoszone, leczone, potem wypuszczane. Inne same przybywały, z własnej woli – na własne skrzydło, łapę lub raciczkę, na dłuższą lub krótszą chwilę.

Wskakiwał tu i buszował żubr samotnik, pojawiały się i żerowały jelenie, zalatywały na ożywczą kąpiel i do wodopoju a zimą do karmnika wszystkie ptaki. Gnieździły gdzie się popadło, jedna pliszka uwiła gniazdo na traktorze i właściciel nie mógł zeń korzystać aż do końca sezonu lęgowego. Ale za to pan pliszek dotrzymywał mu towarzystwa przy wszystkich pracach polowych. Pewna dzika łania co rok tu przybywała, na kilka dni, bo upatrzyła sobie w ogrodzie zaciszny zakątek, gdzie w spokoju mogła urodzić kolejny cud świata – nakrapiane maleństwo. Jak nabierało sił, razem z mamą wychodziło na cieniuchnych badylkach przez bramę tej kliniki położniczej.

W centralnej jego części ogrodu była – i w dalszym ciągu jest, ale teraz smętnie opuszczona – obszerna sadzawka. Jej lokatorkami były także ukochane przez gospodarzy żaby. Składały skrzek, siadywały na liściach wodnych roślin i grały swoje rzechotliwe koncerty symfoniczne. Wystąpiły także w filmie dokumentalnym o życiu żab, który Simona Kossak nakręciła podczas kilku sezonów, aby skompletować wszystkie stadia rozwoju, jak i sztandarowe zachowania gatunkowe ulubionych stworzeń. Główna bohaterka przechodziła więc wszystkie koleje żabiego losu, poczynając rzecz jasna od stadium skrzeku, potem jako jedna z chmary kijanek, następnie mała żabka, wreszcie dorosła bohaterka wspaniale rozhukanych – ale tak do zapamiętania – wiosennych bachanaliów godów i w finale jako współproducentka przeobfitej wodnej chmury skrzeku.

Pełen cykl tej biografii zamknął się w chwytnej paszczy zaskrońca – a miotającej się rozpaczliwie żabie i widzom dzięki montażowi filmowemu całe jej życie w nagłym skrócie „przelatuje przed oczami”.Widzowie zrazu obojętnie, potem z rosnącą fascynacją oglądają krótki film i w końcu z autentycznym współczuciem reagują na tragiczny finał.

Kiedyś tam, lata temu z pewną oziębłością i brakiem uwagi traktowałem wszystkie ranae, ale w końcu dojrzałem – także po tych opowieściach – i pilnie zważam, by nie rozdeptać żadnej z maciupenieczkich żabek skaczących po długich szmaragdowych źdźbłach leśnych traw czy też w poprzek ścieżek, biegnących gdzieś nad byle stawem czy oczkiem. Nie zważając na wymowne pukanie w czoło przenoszę małe i duże ropuchy z jednej strony jezdni czy chodnika na drugą, ratuję je spod stóp czy wprost z rąk różnych osób dorosłych i dzieci, z paszcz psów czy różnych miejskich i wiejskich przydrożnych pułapek bez wyjścia, spod zbyt wysokich krawężników, poboczy drogi czy podsadzam przez podmurówki płotów.

Ta żabiomania jest również po części zasługą Joanny, siostrzenicy Simony. Chyba jako jedyna mieszkanka Puszczy przez dłuższy czas była właścicielką całego ensemble’u oswojonych żab. Goście przyjmowani na Podcerkwi (to leśniczówka na wzór Dziedzinki głęboko schowana w lesie) podczas upalnego lata byli wożeni dla ochłody nad pobliskie małe niby-jeziorko, no, większą kałużę, powstałą u podnóża małej skarpy ze zbierającej się deszczówki (a więc woda była ciepła i przeczysta, jak podłoże i powietrze). Jakież było moje zdziwienie, kiedy przy pierwszej wizycie na stopę wgramoliła mi się dorodna zielono-złota żaba i zaczęła mi patrzyć w oczy z wyraźnym oczekiwaniem.

Tajemnica szybko się wyjaśniła – miejscowe żaby były zawsze dokarmiane przez gości Joanny i wszystkich plażowiczów traktowały nie jak intruzów tylko jak „przyjaciół domu” a w dodatku przybywających z dobrym prowiantem. W dobrym tonie bowiem było wśród „podcerkwiaków” chwytanie much oraz bąków i dokarmianie nimi lokatorek sadzawki.

Nie było to wcale takie łatwe. Co prawda idealną wręcz pułapką były szyby i wnętrza rozgrzanych aut, ale…żaby jedzą tylko ruszające się owady! Na podtykane im pod szerokie pyski owady klapnięte na śmierć patrzyły z niemym osłupieniem, bez śladu najmniejszego zainteresowania w ślepiach. Trzeba je było „oszukiwać”, ruszać złapanymi ofiarami, lub też doskonalić sztukę pacania owadów z wyczuciem, do stadium ciężkiego kalectwa a nie klepania na śmierć. Fascynował mnie ten błyskawiczny jak u kobry, nie do uchwycenia ludzkim okiem ni obiektywem aparatu ów żabi ruch-odruch otwierania pyszczka i żarłocznego chwytania oraz łykania przynęty. Czasem myliły się i próbowały połknąć czubek palca, ale po chwili rezygnowały i patrzyły na mnie z wyraźnym zawodem i jakby niesmakiem.

Dawno ich nie odwiedzałem, nie wiem co u nich słychać, ale trzymam za nie kciuki. Stanowczo za sucho było wszędzie wokoło, by trafił tam jakiś zaskroniec, ale wszędobylski czarny bocian… W każdym razie teraz z żałością i smutkiem patrzę na wysuszone do cna, rozpłaszczone na wielkomiejskim asfalcie„negatywy” żab, które nie zdążyły zbiec spod kół samochodów.

Tekst: Arkadiusz Szaraniec

__b_9788365282705.jpg

Dodaj komentarz

Strona korzysta z plików cookies.
Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki.

Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe.

Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do Polityki Cookies tej strony (znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies) oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij