Ogólne

Piorun z jasnego nieba

Tak trochę przez przypadek wróciłem do jednej z lektur swojej młodości. „Księgę Puszczy” Tytusa Karpowicza czytałem tak dawno, że kompletnie nie pamiętam o co w niej chodzi. Pierwszy rozdział ma tytuł „Piorun z jasnego nieba” – myślę, że chętnie poznacie go sami:

 „Był początek wiosny. Któregoś ciepłego popołudnia rodzinne stado Krzepkiej i Siwej (1) – dwóch samic słynnego odyńca Leśne Widmo – spoczywało na zalesionych błotach Kiemieliskiej Puszczy.

Bagna te miejscami pokrywał młody puszysty mech. Gdzieniegdzie zieleniły się świeżutkie jagodniki. Tam i ówdzie połyskiwały oka czarnych topielisk. Na cienkich nitkach czerwieniły się zeszłoroczne jagody żurawin. Wokół sterczały karłowe sosenki i brzózki. Nierzadko świerk wypryskał w niebo piękną piramidą.

W powietrzu wisiała cisza. W ciszy tej – jak gromada namiętnych deklamatorów – owady powtarzały swe niedokończone wiersze…

Wetknąwszy nosy w czarne, wilgotne błoto, dziki – leżąc na boku lub na podkurczonych biegach (2) – zażywały rozkosznego chłodu.

Wysoko, pod niebem, skąd sypał się rażący pył słonecznego blasku, zataczał koła orzeł bielik. Szeroko rozstawił na wiatr sprężyste lotki. Podkurczył silne skoki (3). Lustrując pogmatwane gęstwiny rodzinnej puszczy, szukał zdobyczy. Bystre jego ślepia, płonące pomarańczową tęczówką, świetnie orientowały się w łowieckim terenie.

Ho, ho, tyle lotów odbył Łamignat nad okolicą! Tyle razy przeglądał pagórek za pagórkiem, grupę drzew za grupą, rzeki, jeziora. Matecznik Ciężkołapego, Rysie Pielesze, Ustronie Wilcze, Czarny Wądół, Uroczysko Dębowe, skraje lasów z polami chłopskimi, łąki, bagniska…

Krążąc teraz nad rozmajonym lasem, czerpał zachętę do łowów w odległym, wysokim drzewie, na którego gałęzi kołysało się lekko, rytmicznie jego gniazdo z trzema główkami jasno upierzonych piskląt.

Pasiasty drobiazg dziczy spał u boku starych matek, które znane były strażnikom puszczy: jedną za jej siłę zwano Krzepką, drugą – wobec jaśniejszego ubarwienia barków – Siwą. Śmiesznie rozwalone, z rozrzuconymi jak dzieci kończynami, warchlaki leżały w chłodnawym błocku, co pewien czas pociesznie przewracając się z boku na bok. W żelaznej obroży matczynej troski – nawet w tych okolicznościach – uszka małych stworzeń strzygły w instynktownej pogoni za odgłosami leśnego życia. Brązowe ryjki wciągały powietrze głęboko, badawczo…

Orzeł, z powodu bitności nazywany w Kiemieliskiej Puszczy Łamignatem, spostrzegł dzicze stadko. Zaznaczył to krótkim postojem w powietrzu. Zapewne uradował go widok obfitego żeru. Krążąc dalej, widać czekał na moment, kiedy lepiej uderzyć.

Koła, jakie zataczał na niebie, przeniosły się teraz nad miejsce dziczego spoczynku. Mogło się wydawać, że ptak z przyjemnością korzysta z silnych prądów powietrznych; lekko manipulując skrzydłami i ogonem, z największym spokojem krążył w górze nieomal przez całą godzinę…

Nagle wybrał sposobny moment!

Ściągnięte skrzydła, głowa w dół… i potężny ptak strzelił ku ziemi jak piorun! Ostry poświst piór… Jak bicze ściobnęły w kark prosiaka niezawodne szpony. Młotek głowy uniósł się i opadł. Uniósł się i opadł. Zakrzywiony dziób kilkakrotnie uderzył w młody czerep.

Żałosny kwik ofiary urwały konwulsje. Głośne rechanie zaskoczonych matek. Pisk czmychającego pod świerk dziczego potomstwa.

Nagły atak oszołomił obie lochy (4). Poderwały się na nogi. Wpadły jedna za drugą. Zderzenie było dość silne; dziki zatoczyły się, opóźniając na moment pościg. Łamignat oderwał od ziemi ofiarę – ledwie, ledwie przewlókł ją nad bagnem.

Warchlak był dość tłusty – ciążył ku dołowi. Opodal leżało grząskie jeziorko, okryte płytką szybą wody. Tam skierował się drapieżca. Leciał nisko, brużdżąc powierzchnię wody kopytkami świnki. Tuż za nim pędziły cwałem stare dziki, usiłując za wszelką cenę dostać krwiożerczego ptaka pod swoje kły!

Ciężkie kolosy ugrzęzły w jeziorku. Szlam chwytał je za kopyta. Wreszcie, tracąc grunt pod nogami, puściły się wpław. Locha Siwa po chwili zawróciła ku warchlakom. Maciora Krzepka zaś przyśpieszyła pościg. I zdawało się, że niebawem schwyci orła, bo znużony ptak, szukając oparcia na wygiętym pniu schylonej nad wodą olchy, potknął się i ściągnięty w dół ciężarem swojej zdobyczy pogrążył się w wodzie do samej piersi.

Nie dbając o żer, usiłował wyrwać szpony z ofiary, byle tylko ujść z życiem! Jednak pazury, wbite z rozmachem w miękkie ciało, nie wyszły.

Wtedy bielik zawachlował skrzydłami – rozpaczliwie, całą mocą potężnych mięśni piersiowych, raz, drugi, trzeci… Samura (5) dysząc, kłapiąc groźnie ryjem, łypiąc krwawym wzrokiem, już, już docierała do miejsca klęski drapieżnika…

Jeszcze jeden zamach skrzydeł, ostatni – śmierć albo życie?!

Wyrwał z wody warchlaka! Na razie leciał nisko, powoli, wznosząc się ukośnie i pobłyskując białym ogonem. Potem znalazł się na wysokości najgrubszych konarów. Wtedy opadł na jeden z nich. Usiłował zachować równowagę. Nagle jął się staczać jak po schodach z gałęzi na gałąź… Wreszcie wydarł szpony z warchlaka. Inaczej byłby połamał sobie skoki.

Prosiak ciężko pacnął o ziemię.

Łapiąc równowagę na którejś z gałęzi, Łamignat oprzytomniał. Nie chciał utracić zwierzyny. Zeskoczył na ziemię. Przestąpił z nogi na nogę, jakby bolały go palce. Rozdarł ofiarę. Jął co prędzej przełykać smakowite kąski, zapewne chcąc umniejszyć ciężar do dźwigania lub nadążyć z krwiożerczą ucztą, nim nadbiegnie czarny zwierz. Opadły go muchy. Odganiał je skrzydłami.

Krew i ciepły pokarm pokrzepiły ptaka, odrodziły w nim bojowość. Czujnie obrzucał dzikim wzrokiem dookolne gąszcza… Wreszcie słuch jego ułowił tupot i ciamkanie po błocie kopyt ścigających zwierząt.

Nie czekał dłużej. Podskoczył do góry. Opadł na zdobycz. Wbił w nią haki szponów. Uniósł się w powietrze. Leciał nad sosenkami, nad brzózką, minął kilka świerków, zatoczył półokrąg nad wybiegający ku rzece półwysep, osypany świeżą murawą i obrzeżony żółtą linią piasku.

Dysząca ciężko maciora Krzepka skierowała ślepia na drapieżnika, który uniósł jej dziecko. Zdawało się, że drży w nich rozpacz, przechodząca we wściekłość.

Z furią spustoszyła miejsce krwiożerczej uczty, przesycone odorem znienawidzonego drapieżnika.

Tymczasem orzeł, nie dostrzegając w pobliżu żadnego wroga opadł na haliznę nadrzeczną, tworzącą mały pagórek. Był w takiej odległości od terenów zalesionych, że nie mógłby go sprzątnąć nawet strzelec z lornetą.

W spokoju zżarł trzecią część prosiaka. Z siłą wydzierał dziobem kawałki mięsa. Przemyślnie operował łapami. Najadłszy się, swoim zwyczajem koślawo podskakując, zbliżył się do wody. Nasycił pragnienie. Zawrócił do resztek zwierzyny. Chwycił szponami pozostałą część warchlaka i poleciał do gniazda, klucząc nad połaciami lasów dla zmylenia ewentualnego obserwatora.

Doleciawszy do wysokopiennej puszczy zniżył lot. Żeglując wśród drzewnych czubów przemierzył kilka razy większą przestrzeń niż ta, która w prostej linii dzieliła go od gniazda. Dbały o swe potomstwo, zawsze tak robił, ilekroć wracał do Orlego Uroczyska.

Gdy wychynął, jak zwrotny statek korsarski z zielonych odmętów bujnego listowia, w gnieździe zawrzał ruch pisklęcych główek. Ciemnodzioba powitała samca z ożywieniem.

Tymczasem samura Krzepka pośpiesznie wracała w stronę błotka, nad którym skryła się pod opieką jej towarzyszki reszta pasiastego potomstwa obu loch. Na sygnał Krzepkiej – przewodniczki watahy – stado zgromadziło się; liczyło teraz siedem warchlaków.

Pierwotnie miała ich locha Siwa dziesięć, a Krzepka osiem. Jeden był ułomkiem i uległ surowemu prawu selekcji: uśmierciła i pożarła go sama matka. Drugi złamał nużkę tuż obok gniazda, w starym wykrocie. Nóżka nawet nie zdążyła się zrosnąć. Lis, Rudy Płomień, podkradł się nocą i schwytał kulaska, by zataszczyć smakowitą zdobycz do swojej nory, wygrzebanej w pagórku pokrytym sosnowym borem, w uroczysku Lisiej Jamy. Orzeł ogółem zabrał troje prosiąt, wilki pięć. Jeden dziczek zginął od jadu żmii. Spośród pozostałych wyróżniał się bystrością i siłą warchlak o ciemniejszym włosie, którego nazwiemy Żukiem.

(1) Zachowuję tu nazwy miejsc, zwierząt i ludzi, jakich używał Laudański. „Ochrzciłem” zaledwie kilku bohaterów „Księgi Puszczy, ale i to na podstawie cech, nakreślonych przez Gawędziarza.

(2) Nogi.

(3) Nogi.

(4) Samica dzicza.

(5) Samica dzicza.”


Bielik, fot. Rafał Bojanowski   www.rafalbojanowski.pl

Leave a Reply

Strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki. Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe. Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do polityki cookies tej strony: https://plamkamazurka.pl/polityka-cookies/. Znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij