Ptaki Adama Wajraka

Duch Puszczy – puszczyk mszarny

Poniższy artykuł, którego autorem jest Adam Wajrak, swego czasu na blogu już prezentowałem. Jednak, przy Ptaku Wiosny 2014, którym jest puszczyk mszarny, nie mogło go tutaj i teraz zabraknąć.

Po przeczytaniu tego artykułu będziecie też mogli zrozumieć, dlaczego w styczniu 2004 roku nagle całą rodziną zakochaliśmy się w odległym , z naszego miejsca zamieszkania, puszczyku mszarnym. Sądzę, że Ci, którzy Ducha Puszczy nie znają, rozkochają się w tym puszczyku tak samo jak my:

 

Nisko na gałęzi, kilkanaście metrów przed nami, siedziało coś, co nawet w tak dziwnym lesie jak Puszcza Białowieska wyglądało jak z innej planety

Olbrzymia kupa pierza z wielką okrągłą głową. A w tej głowie para żółtych oczek. Jakieś dziwaczne pióra wokół dzioba, które wyglądały jak skrzyżowanie siwych wąsów z brodą. Ptak rozwinął skrzydła i jak wielki popielaty motyl bezszelestnie poleciał nisko, między drzewami. – Lata zupełnie jak duch – szepnął Sasza Rosner, niemiecki ornitolog, nasz dobry kolega. Miał rację – puszczyk mszarny przypomina ducha. 

Gdzie inspektor Zawadzki chadzał ze strzelbą? 

Co tu ukrywać, mam bzika na punkcie sów. I to od dzieciństwa. Może dlatego, że sowy, ze swymi wielkimi głowami i frontalnie osadzonymi oczami, są jakieś ludzkie. Oczywiście jedne mniej, inne bardziej. A największą głowę ma puszczyk mszarny, zwany też sową mszarną. Niedawno poprosiłem Piotrka Galickiego, kustosza muzeum Białowieskiego Parku Narodowego, żeby pomierzył głowy wypchanych dwóch puszczyków mszarnych. Miały około 16 cm szerokości i 14 cm wysokości. Dla porównania – moja twarz ma tylko 14-15 cm szerokości. Nie dość, że szlara, czyli sowia twarz, jest duża i okrągła, to jeszcze szalenie wyraźna. Pióra tworzą bardzo regularne pierścienie, które przy samych oczach są maleńkie, a potem się powiększają. Trochę to wygląda, jakby sowa miała podkrążone oczka. A w ogóle z tymi ni to wąsami, ni to brodą przypomina fantastycznego stwora z „Gwiezdnych wojen”. 

Na pierwszy rzut oka jest równa puchaczowi – największej europejskiej sowie. Puszczyk mszarny ma około 65 cm wysokości, puchacz jakieś 3 cm więcej. Ale puchacz jest przynajmniej dwa razy cięższy od puszczyka mszarnego. Gdybyśmy oskubali mszarnego, zostałoby małe ciałko. Tyle ma piór i puchu. 

Ornitolodzy są ciekawi, czy puszczyki mszarne zakładają gniazda w Polsce. Być może. W białoruskiej części puszczy zakłada gniazda jedna lub dwie pary puszczyków mszarnych. Więc dlaczego nie miałyby robić tego także w polskiej części? Co kilka lat sowy mszarne są widywane w Polsce, oczywiście niemal wyłącznie w puszczy. 

10 kwietnia 1929 roku Józef Zawadzki, inspektor Lasów Państwowych, zastrzelił samicę puszczyka mszarnego, a w kilka tygodni później – również samca. Kolejnego ptaka zabił jeszcze rok później. Są do dzisiaj w zbiorach Muzeum Białowieskiego Parku Narodowego. To, że w odstępie trzech tygodni Zawadzki zastrzelił samicę i samca, wskazywałoby na to, że była to para. Istnieje adnotacja, że śmierć w osobie inspektora Zawadzkiego nawiedziła puszczyki gdzieś na wschód od Białowieży. Może inspektor Zawadzki nie chadzał zbyt daleko?

Prowokujemy nerwusa

– Ja bym nie szukał na wschód od Białowieży. Porozglądałbym się nad rzeką Leśną. Jeżeli jest w Polsce, to właśnie tam – mówi dr Wadim Sidorowicz z Instytutu Zoologii w Mińsku. Zajmuje się na Białorusi badaniem zwierząt wodno-błotnych i często widuje puszczyki mszarne żyjące na podmokłych terenach. Zna jak własną kieszeń polską część puszczy. 

To by się zgadzało. W maju 1987 roku kilka grup ornitologów widziało puszczyka polującego nad rzeką Leśną. A maj to przecież okres lęgowy. – Tam jest wszystko, czego one potrzebują. Otwarta dolina, gdzie mogą polować, i las, gdzie mogą wychować młode – mówi Wadim. Wadim zresztą też widział „brodatą sowę”, jak nazywa puszczyka mszarnego, właśnie nad Leśną. 

Teoretycznie sprawdzenie tego jest łatwe. Sowy nie cierpią, gdy inne sowy wkraczają na ich terytorium. A największymi nerwusami, i to bardzo agresywnymi, są puszczyki. Wystarczy, że usłyszą konkurencję w pobliżu, i już się drą. Gdy obcy nie ustępuje, lecą sprawić mu manto. Aby się przekonać, gdzie występuje puszczyk, wystarczy magnetofon i kaseta z odpowiednim głosem, który rozeźli nerwusa. Takiego wkurzonego zwykłego puszczyka, mieszkańca lasów, ogrodów i miast, można usłyszeć przy bardzo dobrej wyżowej pogodzie nawet z odległości dwóch kilometrów. Z lokalizacją terytorium nie ma więc problemów.

Gorzej z puszczykiem mszarnym. – Słyszałem go w ogrodzie w Norymberdze, taki wielki, a głos ma słabiutki, tak sobie pod nosem pomrukuje – opowiada Karol Zub, pracownik Zakładu Badań Ssaków PAN i zapalony ornitolog, który miał chyba najwięcej spotkań z puszczykiem mszarnym, bo aż dwa. 

Fiński badacz sów Heimo Mikkola pisze, że zdarza się usłyszeć puszczyka mszarnego z 800 metrów, ale zwykle jego słabiutki głosik niesie nie dalej niż na pół kilometra. A w lesie tak gęstym jak Puszcza Białowieska może być jeszcze gorzej. Niezrażeni tym co jakiś czas udajemy się z Nurią w pewne miejsce nad Leśną i puszczamy głos terytorialny samca. To takie szybkie i miarowe buczenie: buu, buu, buu. Przeważnie nie słyszymy nic poza zwykłymi puszczykami, które drą się jak szalone, i gwizdaniem sóweczki. Ale pewnego jesiennego dnia cztery lata temu coś słabiutko dwa razy zabuczało. Było to anemiczne i niewyraźne, więc ani Nuria, ani ja nie damy sobie głowy uciąć, że na pewno był to głos puszczyka mszarnego. Ale na pewno był podobny. 

Może trzeba po prostu przeczesać Leśną? To rzeka arcydzika, zabagniona. Teoretycznie można wsiąść do kajaka, kanoe albo pontonu i po prostu popłynąć. Najlepiej wiosną, gdy jest wysoki poziom wody. Już kiedyś tego próbowałem. Na początku lat 90. razem z ówczesnym posłem zajmującym się ekologią Radosławem Gawlikiem przedziurawiliśmy łódkę już po kilometrze. Spływ trwał godzinę, a trzy razy dłużej usiłowaliśmy się wydobyć z zabagnionej doliny. Żeby spłynąć, trzeba przedzierać się przez tamy bobrowe i uważać na czyhające pod wodą gałęzie. Całej Leśnej nie pokonał chyba nikt poza Wadimem, ale on na bagnach czuje się jak łoś. 

Jedyne, co przyszło mi do głowy, to wyruszyć zimą. Bagna zamarzną, a koryto rzeki zamieni się w lodową autostradę. 

W grudniu 2002 roku, gdy temperatura spadła poniżej 20 stopni mrozu, Nuria, nasz przyjaciel Grześ Okołów i ja ruszyliśmy na narciarską ekspedycję. 

Leśna to dziwna rzeka, miejscami znika zupełnie, zamienia się w pokryte trzciną rozlewiska i nie sposób stwierdzić, którędy płynie główny nurt. Gdy płynie przez las, kluczy wśród zwalonych drzew, rozwidla się, pełna jest starorzeczy, zakoli i rozlewisk. Śladów człowieka tu nie widać, bo człowiek nie miał jak wtargnąć na tak niedostępne tereny. 

Idealne miejsce dla tajemniczego ptaka – myślałem sobie, ale znów nie trafiliśmy na najmniejszy ślad. 

Pomimo to pod koniec kwietnia 2003 roku znów pojechaliśmy nad Leśną z magnetofonem. Kilka razy puściliśmy głos samca. Długo nic się nie działo, a potem od ściany lasu dobiegł nas dziwaczny głos. Takie jakby delikatne krakanie – ka, ka ka… Ten głos przemieszczał się i był jakby coraz bliżej, a później ucichł. Najśmieszniejsze było jednak to, że dokładnie taki sam cichy głos słyszeliśmy również z naszego magnetofonu – w tle buczącego głosu samca. Co to u licha jest – ani ja, ani Nuria nie mieliśmy pojęcia. 

Może jakiś inny ptak się nagrał gdzieś w tle i tyle. To się przecież zdarza. Zdziwiliśmy się dopiero w domu, gdy zobaczyliśmy opis do naszej kasety. Pozycja, którą puszczaliśmy nad Leśną, była opisana tak: „Godowy głos samca, kłapanie dziobem oraz cichy głos samicy”.

 

Uwaga, stracisz oko albo nogę

Jeżeli tam drze się jakaś samica, to może jest i gniazdo. No to trzeba się rozejrzeć za hełmem z osłoną na oczy. W Hajnówce nawet udało mi się znaleźć lekki kask robotnika leśnego, ze specjalnym daszkiem, który chroni oczy przed trocinami lecącymi spod piły. Mnie by zabezpieczał przed pazurami. 

Puszczyki mszarne nie lubią, gdy ktoś się zbliża do ich potomstwa. „Znam przynajmniej dwie osoby, które straciły oko po ataku sowy mszarnej, oraz jedną, która została przez tę sowę strącona z drzewa i złamała nogę” – pisze Mikkola. Samice stają się agresywne, gdy w gnieździe pojawiają się młode. Mikkola uważa, że agresja samic jest też związana z wysokością, na jakiej jest gniazdo. Puszczyki mszarne podobnie jak inne sowy nie budują własnych gniazd, tylko wykorzystują już istniejące konstrukcje. Lubią zajmować opuszczone gniazda myszołowa lub jastrzębia, ale nie gardzą też obłamanymi drzewami. Wystarczy, że na czubku sterczącego kikuta utworzy się zagłębienie nieco wypełnione próchnem – to już puszczykowi mszarnemu starczy. Czasem wykorzystuje też zagłębienia w ziemi. I jak się łatwo domyślić, im gniazdo niżej, tym sowia matka jest bardziej agresywna. 

Ale nie tylko. Jeżeli dany rok obfituje w gryzonie, a szczególnie w norniki, w których puszczyki mszarne najbardziej gustują, tym bardziej samica gotowa jest rzucić się z pazurami na intruza. To z ludzkiego punktu widzenia mało zrozumiałe, według nas agresywne są zwierzęta głodne. Ale sowa myśli inaczej. Dużo pokarmu to większa szansa, że wszystkie młode wyrosną na dorodne ptaki, więc tym bardziej warto ich bronić. Czasem, bardzo rzadko, atakują oboje rodzice. „Wtedy polecałbym odpowiednie ubranie i kask motocyklowy – mówi Mikkola – bo można dostać z różnych stron”. 

Tak sobie to czytam i trochę martwię się o Genka Pugacewicza z Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków, który bez żadnego kasku ani specjalnego ubrania wybrał się spenetrować tereny, gdzie odzywała się samica. No bo jeżeli ktoś ma znaleźć to pierwsze gniazdo puszczyka mszarnego w polskiej części puszczy, to może być to tylko Genek. Jemu niestraszne kilometry przez bagna i nikt nie ma takiego oka do ptaków jak on. Siedzimy jak na szpilkach. W końcu dzwoni. 

– Nie ma śladu po gnieździe. To musiała być jakaś młoda koczująca samica, która podnieciła się głosem waszego samca z magnetofonu – mówi – i to by się zgadzało z tym, co wyczytałem w białoruskich pracach. Im bardziej na zachód, tym mniej ptaków mających partnera.

Jest na Żebrach Żubra! 

W maju o wielkim puszczyku zupełnie zapomniałem. Pojechaliśmy do Warszawy odwiedzić przyjaciół. Siedzimy sobie razem w jakiejś chińskiej knajpce i zajadamy się specjałami, o które w puszczy raczej trudno. Ja sobie zamówiłem cielęcinę w pięciu smakach, za którą przepadam. Zadzwonił telefon. 

– Gdzie jesteś? – usłyszałem głos Karola Zuba. 

– W Warszawie. 

– No to żałuj, bo ja jestem właśnie na Żebrach Żubra i gapię się na puszczyka mszarnego. 

– Cooo? 

Życie jest naprawdę niesprawiedliwe. To my przeczesujemy dziką Leśną na nartach, ganiamy z magnetofonem, Genek łazi po chaszczach, a ta paskudna sowa pojawia się na Żebrach Żubra, najbardziej uczęszczanym szlaku w puszczy. Tam chodzą przecież szkolne wycieczki! Tak być nie może. Wkurzam się jeszcze bardziej, gdy Karol opowiada, że pierwsi puszczyka zobaczyli jacyś Anglicy, którzy może i pierwszy raz przyjechali do puszczy na ptaki. Przyjechali i od razu zobaczyli! 

Po jakimś czasie ptak przeniósł się do Rezerwatu Ścisłego, ale bynajmniej nie w jakieś miejsce odludne. Zainstalował się przy najbardziej uczęszczanych ścieżkach. Najczęściej widywany jest przy Wejściowej, to taka droga, którą przechodzą wszystkie wycieczki. Albo rezyduje na przylegającej do niej ornitologicznej powierzchni badawczej – a tam ciągle ktoś chodzi i kontroluje gniazda. 

Zastanawiam się, co on ma z tego ludzkiego towarzystwa. Co chwila ktoś do niego przychodzi i go filmuje, a on nic. Siedzi tylko i kręci tym swoim wielkim łbem albo czyści piórka. Puszczyki mszarne znane są z tego, że nie boją się ludzi, ale bez przesady. 

Albo ptak nienormalny, albo głodny i nie ma siły zwiewać, albo ludzie są mu do czegoś koniecznie potrzebni – myślę. Teoria głodu jest prawdopodobna. Słyszałem, że kiedyś kilkanaście puszczyków mszarnych zawitało do Helsinek. Zima była sroga i puszczyki były zdesperowane. Fiński ornitolog opowiadał mi, że siedziały tak na latarniach i płotach i kiwały się z głodu osłabione. 

– Trzeba było je dokarmiać martwymi myszami. A że martwych nie chciały jeść, to musieliśmy je przed nimi ciągać na sznurku, żeby myślały, że atakują coś żywego. Jak chcieliśmy któregoś złapać, to wystarczyło ciągnąć skarpetkę – mówił Fin. 

To, czy nasz puszczyk jest głodny, łatwo będzie sprawdzić. Mamy ze sobą trzy myszki, które poświęcimy, jeżeli ornitologicznej rzadkości burczy w żołądku. Pierwsza myszka ląduje na zwalonym drzewie, jakieś 10 metrów przed puszczykiem. Ten gapi się i nic. Nie widzi, nie słyszy? To niemożliwe. Te ptaki są świetnymi łowcami. Potrafią wypatrzyć zdobycz z odległości 200 metrów, a słuch mają jeszcze lepszy niż wzrok. W skandynawskich pracach można wyczytać, że normalką jest chwytanie przez nie gryzoni, których nie widać. Siedzi sobie taki nornik w śniegu, nad nim kilkanaście centymetrów puchu i lodowa warstewka na powierzchni. Ale wystarczy, że tylko się poruszy, że coś chrupnie, coś zaszeleści, i to puszczykowi mszarnemu wystarczy. Uderza z całą siłą, przebija się przez śnieg i po norniku. 

Nasza myszka schodzi z pnia i ginie w wiosennej gęstwinie leśnego runa. Wiemy, gdzie jest, bo widzimy, jak delikatnie poruszają się wierzchołki roślin. Dopiero wtedy ptaszysko zaczyna kręcić głową. Ułamek sekundy i już jest na ziemi. Myszka nawet nie pisnęła. Puszczyk wrócił z nią na swoją gałąź i połknął równie szybko jak złapał. Może zje następną? Kolejna myszka ląduje na pniu. Ale tym razem puszczyk ma ją w nosie. Myszki są już bezpieczne. Co on je? – zachodzimy w głowę. Gryzoni w lesie w tym roku prawie nie ma, więc na kolejne myszki powinien się rzucać jak szalony. Przecież nie najadł się jedną myszką, skoro dziennie taka sowa zjada około 150-160 g pokarmu, czyli od 6 do 10 myszek.

 

Na co puszczykowi ludzie?

Zagadka z dietą puszczyka wyjaśnia się wkrótce. W tydzień po naszym pierwszym spotkaniu chcę mu zrobić jeszcze parę zdjęć. Ale mija godzina, potem druga, kręcę się w kółko i nigdzie nie mogę wypatrzyć wielkiej popielatej kupy pierza. 

– Nie łaź, ale nasłuchuj. Jak usłyszysz, że kosy się denerwują, to on tam będzie – radzi mi Karol przez telefon. 

I ledwo skończyliśmy rozmawiać, usłyszałem wrzask. Nie tylko kosów, ale też sójek, które na widok każdego leśnego drapieżnika drą się, ile wlezie. Powolutku ruszyłem w tamtym kierunku. Puszczyk siedział niziutko, na małej suchej gałązce świerku, którą całą przykrył piórami. Siedział i kłapał dziobem, bo co chwila przylatywał kos albo sójka i atakowały go lotem nurkowym. Bach, i popielate pióra na wielkiej głowie były poczochrane. Widać puszczyk bardzo się im naraził, a narazić się mógł tylko jednym. Był niebezpieczny dla ich młodych. 

– Takie niezbyt dobrze latające młode kosy poruszają się głównie na piechotę. To wytłumaczenie, dlaczego puszczyk siedział tam, gdzie chodzili ludzie. Bo płoszyli młode ptaki – sądzi Patryk Rowniński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. 

To by się zgadzało. Gryzonie są szalenie ruchliwe i łatwo je namierzyć, ale w lesie ich nie ma. Puszczyk więc przestawia się na ptaki. Te dorosłe trudno złapać. Młode też, bo siedzą bez ruchu, jak skamieniałe. Ruszają się dopiero gdy rodzice przylatują je karmić. Tylko że żaden rodzic nie będzie karmił młodych, gdy widzi w pobliżu takiego drapieżnika. Za to ludzie, chodząc po lesie, zmuszają je do ruchu. To wystarcza sowie, by namierzyć ofiarę.

Poleciał szukać karczowników

Pod koniec maja, gdy młode ptaki wyrosły, przybysz z wielką głową zniknął. Może wrócił na Białoruś? Nie wiem. Niestety, szansa na to, że kiedyś znajdę gniazdo, jest niewielka. Na Białorusi, jak twierdzi Wadim, puszczyki mszarne są tam, gdzie żyją karczowniki, spore nornikowate gryzonie. Mieszkają one na terenach podmokłych. Budują z roślin gniazda naziemne albo pływające. Jest to coś w rodzaju małego kopczyka, który wygląda jak miniżeremie. Taki karczownik, ważący od 60 do 120 g, to dla puszczyka mszarnego niebywała zdobycz. Karczownikami łatwiej wykarmić młode niż o wiele mniejszymi nornikami północnymi. Ale sowy mszarne nie są jedynymi amatorami karczowników. Uwielbia je zjadać norka amerykańska, sprowadzona do Europy w latach 30., która w ciągu ostatnich 20 lat rozpleniła się niebywale. I to prawdopodobnie ona jest odpowiedzialna za to, że często spotykane na początku lat 90. karczowniki stały się już rzadkością w puszczy i nie tylko. Na Białorusi, jak twierdzi Wadim, karczownikom udaje się przetrwać tylko na bagnach, które nie są pocięte rzeczkami. Norka poluje wzdłuż ich brzegów. Im gęstsza sieć rzeczek, tym mniej karczowników i tym mniejsza szansa na znalezienie gniazda puszczyka. Niestety, w polskiej części puszczy bagna są wąskie i zawsze jest jakaś rzeczka. Szkoda, bo już upatrzyłem sobie fajny pomarańczowy kask z osłoną na oczy.

Tekst i fotografie: Adam Wajrak

Dodaj komentarz

Strona korzysta z plików cookies.
Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki.

Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe.

Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do Polityki Cookies tej strony (znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies) oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij