Ogólne

Młody

Jeszcze trochę a będę wstrzymywał się z głosem na Ptaka Sezonu na Selketową. Mówię tak, bo Ona ma ciekawe historie związane z tymi ptakami:

Piękny wiosenny dzień. Piątek. Pogoda cudowna, słońce, niesamowite chmury, błękit nieba, soczysta zieleń traw. Chociaż na uczelni istny młyn i nie ma czasu na nic poza nauką udaje się znaleźć odrobinę czasu na wyjazd do domu, na weekend. Ponieważ sezon truskawkowy w pełni pada pomysł zrobienia pierogów. Ciasto zagniecione, truskawki odszypułkowane. Pierwsze pierogi ulepione. Pośród śmiechów i żartów pan Połówek chwyta dzwoniący telefon w dłoń. Z niepokojem patrzę na wyświetlacz – Tomek. Wzruszam ramionami. Odbiera…

– Cześć Krzysiek, słuchaj jest problem! Musisz mi pomóc.

– Cześć Tomek, jasne, a o co chodzi?

– Jestem w Michowie w ośrodku zdrowia, bo robiliśmy tutaj badania naszym densytometrem. I, kurczę, jest tutaj sowa! Malutka taka! Słuchaj ona ledwo stoi na nóżkach, słania się, godzinę wisiała pod dachem! Trzeba do weta! Dzwoniłem po instytucjach, nikt nie chce pomóc. Zostałeś tylko Ty.

-hm….mała powiadasz? Chętnie pomogę, ale co mam z nią zrobić?

– Musisz przyjechać, bo ona umrze! Taka słaba, nie chce nawet ustać na nogach! Tutaj pani pielęgniarka dała jej pić, z kroplówki. Nie wiemy co robić…Musisz ją do weta dotransportować, bo ja nie mogę. Muszę jechać do następnego ośrodka na badanie.

– dobra Tomek, jadę.

Z lekkim niepokojem popatrzyłam na Pana Połówka, który z westchnieniem zakończył rozmowę.

– pójdę po ręcznik, żeby ją zawinąć na czas transportu. I zapytam mojego weta czy ją weźmie do woliery. Najwyżej pojedziemy do Lublina, do pani doktor Różańskiej. Tylko zadzwonię do Mamy, niech dokończy pierogi – powiedziałam

Siadamy do wysłużonego Zgredzika. Jedziemy, do Michowa mamy 40 km, zupełnie nie po drodze… ale sowa… trzeba pomóc. Więc jedziemy. Widoki przepiękne! Pola, łąki, lasy, spokój i cisza. Podróż minęła w mgnieniu oka. Dojeżdżamy do miasteczka, gdzież ten ośrodek zdrowia? Pytamy panią, z jej opowieści wynika, że tu. Ale ‘tu’ nie ma drzwi. Zaglądamy od tyłu, są drzwi, a przed nimi mocno wczorajsi panowie.

– Przepraszam, czy tutaj jest ośrodek zdrowia – pytam.

– taaaa…. – odpowiada pan lustrując na dokładnie – państwo po sowę?

-tak!

– oooo proszę, to tutaj! – zakrzyknął drugi pan z entuzjazmem.

Wchodzimy niepewnie. Na recepcji siedzi przemiła pielęgniarka.

– państwo po sowę? Tutaj jest, w kartonie siedzi na fartuchu.

Niepewni co zobaczymy powoli otwieramy pudełko. W środku szara kulka z przerażonymi wielkimi oczami siedzi w kącie. Otwieramy szerzej, a ta mała kulka zaczyna na nas pukać i się złościć. Biorę ją na ręce – coraz mocniej puka i dosadniej informuje, że jest niezadowolona. Uważnie oglądam skrzydła, korpus, głowę czy nic nie jest uszkodzone, czy nie jest odwodniona, czy musimy jechać do kliniki. Okazuje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a sówka jest bardzo zezłoszczona naszym zainteresowaniem. Ostrożnie odkładam ją do pudełka. Fakt nie jest w stanie stać na nóżkach, bo….ma zbyt wielkie nóżki w stosunku do ciałka. Pani pielęgniarka z uśmiechem przypatruje się temu badaniu i zaczyna snuć opowieść o łańcuszku ludzi, którzy mają serduszka po właściwej stronie.

– bo widzą Państwo, pracujemy sobie w ośrodku, i jak Państwo widzą naprzeciwko w tym budynku jest apteka. Musiałam do niej pójść i kiedy wychodziłam z naszego ośrodka to naprzeciwko ujrzałam, pod dachem, sówkę zaczepioną dziobem o wystające deskę. Serce mi się ścisnęło, trzeba jej pomóc. Akurat ulicą przejeżdżał samochód elektryków taki z podnośnikiem. Pobiegłam w ich stronę, zaczęłam machać. Zatrzymali się. Wytłumaczyłam co i jak. Panowie nie mieli wątpliwości, szybko podjechali i ściągnęli sówkę. A potem przyjechał ten sympatyczny pan Tomek i zadzwonił po Państwa. To ja zostawiam Wam sówkę.

Obejrzeliśmy zezłoszczoną kulkę i podjęliśmy decyzję, że trzeba ją wsadzić do gniazda. Pani pielęgniarka załatwiła klucze od właściciela i weszliśmy na poddasze. Szukaliśmy wejścia na strych, ale nigdzie nie było. Znaleźliśmy za okno na dach. Pan Połówek, który wozi w bagażniku komplet rzeczy koniecznych do przetrwania ataku nuklearnego, zabrał liny, narzędzia i rozpoczął wspinaczkę po dachu. Sówka i ja stałyśmy wciśnięte w kąt poddasza zaciskając kciuki za powodzenie akcji. Niestety okazało się, że nie ma bezpośredniego połączenia między strychem a poddaszem, nie ma gniazda. Ale sowy mają silnie rozwinięty instynkt macierzyński, więc trzeba coś zrobić, że dorosłe sowy znalazły malucha i go nakarmiły. Dlatego  kratka we wnęce, obok tej wyłamanej deski, została wyrwana, żeby dorosłe sowy mogły się dostać do malucha. Sówka została zapakowana do miękkiego worka (co jej się bardzo nie spodobało ponieważ zaczęła odpełzać), przeniesiona po dachu i wypuszczona na strych. Na kolebiących nogach, pukając na wszystkie strony, zaczęła się przemieszczać w najdalszy kąt. Rumor na poddaszu potwierdził, że jest tam sowia rodzinka…



Tekst i zdjęcie: Selketova

Leave a Reply

Strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki. Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe. Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do polityki cookies tej strony: https://plamkamazurka.pl/polityka-cookies/. Znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij