Opowieści Arkadiusza Szarańca

Ledwo uszłam z życiem

Zadyszana kawka dopadła swego stada. Z potarganymi piórami, ziała z szeroko otwartym dziobem, a jej błękitne oczy wypełniał wyraz przerażenia: – Mówię wam, ledwo uszłam z życiem! Chodziłam w pobliżu ludzi, tam, gdzie zawsze, wzdłuż tego długiego pawilonu, gdzie zawsze żerujemy. I nagle, pomiędzy nogami ludzi zauważyłam coś apetycznego. To znaczy nie wiem, czy było jadalne, ale wyglądało ciekawie, czyli obiecująco. Każda kawka by się skusiła, no nie?
– No, pewnie, pewnie!  – chórem potaknęły wszystkie kawki, od najstarszej i najważniejszej po najmłodszego pariasa w stadzie, czyli zeszłorocznego pisklaka najmniej ważnej kawki V kategorii.
– Podskoczyłam do tego czegoś, ale to było już za progiem – oglądam, skubię raz…drugi…
– I co? I co???
– No nie wiem, bo mnie w tym momencie o mało nie stratowały ludzkie nogi, które pojawiły się od ulicy i odcięły mi drogę ucieczki!
– Zagapiłaś się, malutka!…ze współczuciem zauważyła koleżanka o prawie tej samej pozycji w kawczym stadzie.
– No, właśnie, nie było jak i gdzie uciekać, więc podfrunęłam przed siebie, w jedynym wolnym kierunku, a wtedy okazało się, że to była KLATKA!!!
– Aaaaa! – całe już stado wydało chóralny, tak głośny okrzyk przerażenia i współczucia, aż ludzie na ulicy podnieśli głowy.
– Wielka, ale jednak klatka! Pułapka!!! Nie mogłam znaleźć drogi powrotnej, jak leciałam do światła odbijałam się o coś twardego. Widziałem was,  i nasz dach, i całe nasze terytorium, ale nie mogłam się tam dostać, bo nie puszczało mnie to coś przezroczyste jak woda, ale TWARDE!!!!
– OOOOOCH!!!!…. tym razem jęknęły wszystkie kawki.
– To jeszcze nic! Ten dwunogi stwór, który stale przebywa w tej klatce (często ją widuję, jest niegroźna, więc dlatego weszłam po smakołyk), zaczął na mnie polować, ale łatwo mu uciekałam, bo pełno tam było różnych zakamarków. Chowałam się za co się dało, skakałam z kąta w kąt, po metalowych gałęziach…
– Metalowych gałęziach? – ze zgrozą szeroko otworzyły dzioby i ślepia wszystkie kawki, od najmłodszego pariaska po Samicę Alfa.
– No!!!… metalowych, śliskich i sztywnych, nie jak na naszych drzewach! Ale było ze mną coraz gorzej, słabłam z minuty na minutę, myślałam, że już nigdy się stamtąd nie wydostanę! A co by wtedy było z moim gniazdem??? Mój partner na pewno by sobie sam nie poradził…
– Wiesz, złociutka jak to jest, lęg to pełny dziób i obie łapki roboty dla obu w parze, ale Pani kawka choć ma wiele pomocy od Pana, to jednak jest niezastąpiona, no, gdyby pisklęta był większe, tak podchowane…Ale o czym my kawczymy – jesteś wśród nas, żyjesz!!! Opowiadaj co było dalej, jak się stamtąd wydostałaś? Ale jesteś dzielna i samodzielna, ruszyłaś główką, jak prawdziwa kawka!
– Oj, nie najgorsze było jeszcze przede mną!
– No, nie! Co ty?!!!!…
– A tak! A tak! Ufff, ledwo uszłam z życiem. Bo nagle pojawił się drugi człowiek, wyższy i znacznie lepszy myśliwy od tej pierwszej istoty. Chociaż uciekałam jak tylko mogłam, zagonił mnie w ślepy kąt. I tam mnie ZŁAPAŁ!!!
– AAAAAAA!!!!!…. całe stado zamknęło jednocześnie ślepia, tylko najmniejszy pariasik z przerażenia kucnął i zastygł nieruchomo z szeroko otwartym dziobem i  rozwartymi oczkami. Starał się zapamiętać każde skrzeknięcie, bo tak kazała mu mama. „ – Ślepa i głucha kawka, to martwa kawka”, tak mu mówiła przed każdym zaśnięciem. „ – Patrz, co robią inne kawki i UCZ SIĘ OD NICH!!!”.
Cudem uratowana kontynuowała swoją opowieść – cala stado kawczyło już teraz wniebogłosy bez ustanku.
– No i złapał, ale nie zjadł od razu. Pewnie chciał zanieść do swojego legowiska. Może też ma małe? He, ile takie wielkie stwory jedzą…Nic dziwnego, że tyle wokoło nich smakowitych odpadków. Ale opowiem wam, jak się uratowałam. Postanowiłam drogo sprzedać swoje życie!!!  Unieruchomił mi skrzydła i łapki, więc ze wszystkich sił dziobałam go w te jego chwytne odnóża. Miękkie są, niczym nie osłonięte, ale duże. Mógł mnie zmiażdżyć, ale tego nie zrobił – może nie lubi mięsa z piórami, chciał mnie najpierw oskubać do gołej skóry…
– Kochana, nie opowiadaj takich strasznych rzeczy przy najmłodszych kawkach!
– No, dobrze, dobrze…ufff, ale się zasapałam! I jak mnie tak trzymał, i niósł, a ja go dziobałam, dziobałam, dziobałam…!!!! – to wtedy poczułam na sobie powiew świeżego powietrza i to, że jego uchwyt się rozluźnia!!!
– Ha! Walczyć trzeba do końca!
– …i wtedy wyprysnęłam prosto przed siebie, już tam nie było tej twardej, przezroczystej powierzchni…I OTO JESTEM!!! Mówię wam, ledwo uszłam z życiem!
Kawki długo jeszcze deliberowały na dachu, zanim w stadzie zapanował spokój. Wspólnie uradziły, że tych wielkich czarnych otworów należy unikać jak ognia, za nic nie wlatywać do środka owych pułapek, a ludzi w dalszym ciągu traktować jako zło konieczne, ale i cenne, bo stałe i obfite źródło pokarmu. A żadna rozsądna kawka takiej okazji nie przegapi, choć to nie zwalnia od obowiązku najwyższej czujności. Ta orzekły wspólnie te najmłodsze i te najstarsze, które od siedemdziesięciu już pór lęgowych niejedno już widziały i zapamiętały.

Tekst: Arkadiusz Szaraniec

www.ptaki.fotolog.pl

Leave a Reply

Strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki. Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe. Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do polityki cookies tej strony: https://plamkamazurka.pl/polityka-cookies/. Znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij