Opowieści Arkadiusza Szarańca

Arkadiusz Szaraniec „31 maja – to Dzień Bociana proszę pana”

Jak tu obejść Dzień Bociana czyli 31 maja? To znaczy jak należycie go uhonorować, a nie obejść bokiem. Pominąć absolutnie nie wypada, a trudno znaleźć odpowiednie słowa i OBRAZY. To znaczy wystarczające w swej liczbie i jakości na określenie naszej powszechnej narodowej sympatii do tego ptaka najbardziej rozpoznawalnego w Polsce.
 
 
Ale czy tej sympatii towarzyszy odpowiednia porcja wiedzy? Każdy Polak lub Polka, na widok biało-czarnego ptaszyska wykrzykuje jego nazwę i marzy o tym, aby to na jego właśnie dachu zrobił sobie gniazdo. Właśnie u niego, a nie u sąsiada. Towarzyszy temu przekonanie (jak wiadomo błędne), że bociek żywi się przede wszystkim żabami. I na tym się kończy przeciętny zakres erudycji.
 
Więcej w tym naszego ludzkiego zadufania, niż podstawowej wiedzy jak ten gatunek funkcjonuje w otaczającej nas naturze, co jest dla niego ważne, decydujące o przetrwaniu. Bocian jest „nasz” i koniec. W końcu mamy (?) go tu, w Polsce najwięcej w Europie, a to o czymś świadczy, no nie? Jak dobrze, że jednak jesteśmy w czymś najlepsi, jesteśmy krajem i narodem wybranym i to w dodatku bez żadnej zasługi w tym konkretnym przypadku. JESZCZE go mamy. I robimy wiele, aby mieć go coraz mniej. Bezwiednie, ale na jedno wychodzi.
 
A Afryka i ten rozdział bogatego życiorysu bociana białego to już kompletna „czarna dziura” dla przeciętnego polskiego sympatyka gatunku. W naszym powszechnym mniemaniu bocian jest Polakiem i wara innym nacjom od wyciągania ręki po nasz narodowy symbol. Jeśli gdzie indziej w Europie zakłada gniazda i ma się tam dobrze, traktujemy to jako drobny nietakt i przechodzimy nad owym faktem do porządku dziennego.
 
Przecież bociek to ptak właściwie domowy, jak kura czy kaczka. Jednym słowem, poczciwina. Koło na dachu wystarczy i już! Reszta należy do samego bociana – i radzi sobie z nią jak może. Musi. Wymagania? Czyste środowisko? A kto by myślał o takich fanaberiach.
Można nawet rzec, tak w odniesieniu do ubarwienia boćka, iż wydaje się nam, że wszystko wobec tego gatunku jest jasne, tak czarno na białym – a tymczasem nasza wiedza to maleńka wysepka faktów, która otacza „tabula rasa”, biała plama i czarna dziura niewiadomego.
 
Znacznie więcej nie wiemy, niż wiemy.
 
Naukowcy przez ostatnie dwieście lat zgromadzili imponującą wiedzę, ale dostarczyła ona jeszcze więcej pytań i pasjonujących zagadek. A przy okazji znany nam cały „świat się nie rozszerzył lecz zyskał na głębi” (jak to określił Słowacki w „Kordianie”). Coraz to nowe fakty weryfikują nasze całkiem świeże, niby niepodważalne aksjomaty. Podobno bocian to kiepski lotnik, lata najwyżej 200 km na dobę, tylko w dzień – ale czasem potrafi i stąd ni zowąd pokonać w ciągu nastu godzin dystans 500 km.


 
Zdjęcie: Sebastian I Molano

I jak on to robi, że tak sobie świetnie radzi na pustyni Kalahari albo na czerwonych piaskach Namibii? Albo na półpustynnym obszarze subsaharyjskiego „sahelu”. Przecież jego biotop to soczyste pastwiska i podmokłe łąki…? Bociany na zimę odlatują do Afryki i potem wracają, starsze co roku, młode po kilku latach, ale tym samym szlakiem – a co robił ten osobnik zaobrączkowany na terenie Niemiec, który odnalazł się …ot, w północnych Indiach?
 
I tak jest dobrze – 200 lat temu dopiero twarde (i ostre) dowody czyli afrykańskie strzały, tkwiące w szyjach bocianów, przekonały Europejczyków, że te ptaki zimują na Czarnym Lądzie.
 
Nic nie jest takie, jak się nam wydaje na pierwszy rzut oka, utrwalony przez wieki patrzenia – i niewidzenia.
 
Doskonałym sposobem PRÓBY zobaczenie bociana jakim jest – czyli niezwykle plastycznym gatunkiem, wszechstronnym drapieżnikiem o długim dziobie („long beak predator”) – są zdjęcia ptakolubów z Europy i Afryki.
 
Konkurs organizowany przez hiszpańską wioskę bocianią Malpartida de Carceres co roku dostarcza barwnych i jakże efektownych dowodów, że bocian biały i jego bliscy krewni są niezwykle fotogeniczni. I że stale nas zaskakują nowymi zachowaniami i umiejętnościami.
 
Skupmy się przez chwilę na … samiuteńkim czubku bocianiego dzioba. Na tych obu zdjęciach widzimy jak ptak kunsztownie wykonuje jakiś tajemniczy dla nas „myk” w postaci pojedynczego strumyka „minifontanny”. Czarny osobnik chyba  upolował coś przed chwilą w tej płytkiej wodzie. Biały…? Jakby odwrotnie – wyraźnie wypuszcza cieniutką strużkę wody…! Może nagromadził sporo wodnej zdobyczy, a teraz nadmiar wilgoci wyrzuca ze swojego wola, ściskając go skurczem owego „worka”?  Ale dlaczego robi to w formie cienkiego strumyka wody…Nie wiem.
 
Ale opiszę co widziałem na własne oczy z dziedziny posługiwania się samym czubkiem dzioba (a nie całością „instrumentu”) przez bociana. Bo krawędzie bocianiego dzioba to jeszcze inny temat.
 
 Działo się to  w podchęcińskim azylu u Janusza Wróblewskiego. Przebywają tam – oprócz wielu innych zwierzaków – bociany, które podleczone wracają na wolność i także stali rezydenci, którzy już nigdy tego nie uczynią ( głównie ze względu na stałe uszkodzenie skrzydeł). Jeden taki weteran uciął sobie drzemkę po solidnej porcji ryb. (Aha, były pacjent, już w pełni sił i zdrowia, który założył gniazdo z dziką partnerką na terenie azylu, także domaga się poczęstunku i nie zraża się protestami ani gospodarza, ani kolegów).
 
Weteran, kilkuletni rosły samiec, drzemał już z przymkniętymi oczami i dziobem wtulonym w puszysty żabot piór na swej piersi. Nagle pojawiła się ogromna fioletowa, błyszcząca mucha, widocznie zwabiona zapachem ryb i mięsa. Uczepiła się jak rzep psiego ogona właśnie bocianiego dzioba, epicentrum tak ciekawego dla niej zapachu. A należy dodać, że była prawdziwa natrętna, naprawdę bardzo, ale to bardzo uparta i w dodatku niezwykle głośno brzęcząca mucha. Bociek raz i drugi próbował się jej pozbyć jedynie energicznym potrząśnięciem głowy, czynił tak nawet nie otwierając oczu. Mucha – głupia… – nie rezygnowała. Zniecierpliwiony bocian w końcu przerwał smaczną drzemkę i otworzył oczy – wyraźnie zobaczyłem w nich zimny błysk decyzji.
 
 I co widzę (a trwało to mniej niż sekundę!) –  bociek lokalizuje muchę w powietrzu, wylicza trajektorię jej zawiłego lotu wokół swego dzioba, teraz następuje maksymalnie krótki, tylko niezbędny ruch szyi i głowy. Przebudzony z drzemki weteran chwyta muchę samiusienietenienieczkim koniuszkiem dzioba (wyraźnie się jej brzydził), ale nie miażdży całego jej korpusu, tylko samą głowę.
 
Mucha milknie, jej głośny niski bzyk ustaje jak nożem uciął, a bociek od razu ją puszcza, ale nie upuszcza na ziemię, tylko  teraz chwyta  w powietrzu za sam koniuszek przezroczystego, zwisającego już martwo skrzydełka – i ODRZUCA ów już martwy muszy zewłok, z wyraźnym obrzydzeniem hen, daleko od siebie. Uczyniwszy to łypnął na mnie – a stałem tuż obok, oniemiały z podziwu…– z pytaniem w oku („ – No, co…?”) i znowu, wtuliwszy swój czerwony i piękny dziób w biały puszysty żabot, pogrążył się w przerwanej na moment drzemce. A stało się wszystko kilka razy szybciej niż trwa mój – jakże nieudolny wobec jego gracji i skuteczności! – opis.
 
Nie miałem kapelusza, aby mu się pokłonić, więc tylko oddaliłem się z szacunkiem od Pana Bociana.

Zdjęcie:Juan Pablo Resino Rubio

Tekst: Arkadiusz Szaraniec 

Leave a Reply

Strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki. Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe. Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do polityki cookies tej strony: https://plamkamazurka.pl/polityka-cookies/. Znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij