Ogólne

Mój gawron

No to Arek tym razem poszedł na całość. Znalazł dla nas piękny tekst w takim świątecznym klimacie, którego Autorką jest… Pani Alicja Mazurek. A takiego czegoś to jeszcze na „Plamce mazurka” nie było!

W zimowe popołudnie, gdy słońce jeszcze ładnie przyświecało, wyszłam z aparatem „na sikorki”. Ledwie minęłam blok, zaczęłam rozglądać się za ptakami. I co widzę… Tuż u moich stóp, na trawie, przy chodniku leży na plecach martwy gawron.
 
Zrobiło mi się okropnie na duszy. popatrzyłam w lewo, w prawo. Szły dzieciaki z psiakiem. – No nie – pomyślałam – nie dosyć, że ptaszysko poległo, to go jeszcze pies rozniesie. Trudno – podeszłam do martwego ptaka, który nagle zaczął anemicznie ruszać lewą nogą… czyli?  No, to teraz sumienie zaczęło mnie ruszać jeszcze bardziej, bo oczami wyobraźni już zobaczyłam jak psisko łapie to dogorywające ptaszysko.
 
Podeszłam, obróciłam go … może się ruszy, może poleci? Ale nic z tego – ptak ledwo zipał i według mnie już odlatywał na druga stronę. – No nie – wykombinowałam, no nie może tak w samotności, rozerwany przez psy umierać. Zakryłam go gałęziami i poszłam do domu po pudełko.
 
Mąż zdębiał: –  A nie boisz się ptasiej grypy? – zapytał. No nie, – odpowiedziałam – przecież według mnie to tylko taka głupia kampania przeciw ptakom.  Przyniosłam do domu to biedne czarne półtora nieszczęścia. Dogorywało. Ale …otworzyło jedno oko. Powiedziałam mu ( bo ja gadam do ptaków): –  Kochanieńki, może i umrzesz, ale w trochę lepszych warunkach, spokojnie.
 
Wystawiłam go na balkon, okryłam papierami. i zostawiłam w ciszy. Do zmierzchu było jeszcze  godzinkę…


Zrobiło się już szaro i smutno. Pomyślałam – chłop odszedł, trzeba go pochować. Otworzyłam balkon, odkryłam papiery, spod których łypnęło teraz na mnie i drugie oko. – Acha – pomyślałam – jeszcze chce ci się żyć. No to chłopie, chodź do domu.
Wzięłam czarnego czarta do kuchni (tam mam najchłodniej) dostał trochę sera, suchego chleba, słoninki, wody pod dziób – i niech sam decyduje co ma jeść i czy ma żyć. Gawron został sam. Nie zamykałam drzwi, żeby mieć go na oku – albo bardziej na „uchu”. Minęły 3 godziny. Trzeba było się myć, ścielić i iść spać. Ponieważ chciałam oglądać późno film,  położyłam się w telewizorni ( pokój z telewizorem dla niewtajemniczonych). Mąż jeszcze poszedł do kuchni iiiiiiiii …  cofnął się! – zaatakował go orzeł z rozpostartymi skrzydłami, goniąc go po 2m kwadratowych. Wycofał się szybko, rzucając do mnie: –  Przyniosłaś, to teraz niańcz.
 
Weszłam spokojnie do kuchni, a nasz orzeł przemienił się w baranka i przyczłapał do mnie. Wzięłam zydelek, siadłam i zaczęłam go głaskać. Ptasior zasnął, łypiąc jeszcze od czasu do czasu na mnie okiem. – Śpi – pomyślałam, więc wycofałam się do pokoju.
 
Za pół godziny obudziły mnie „kroki” ptasie po kuchni.
– Kurcze, no co ja teraz zrobię? Już wiem, wstanę , wezmę starą poduchę po psie do łóżka, i gawron będzie spał obok mnie. Nic mi sie nie stanie – najwyżej jak by co będę miała ptasia grypę, ale wyspać się muszę. Ledwo pomyślałam, zaczęłam się podnosić, gdy wtem z drugiego pokoju doszedł mnie zjadliwy  szept męża „- Tylko kur…. nie bierz go do łóżka”.
Tak mnie to rozśmieszyło (jak to dobrze zna mnie mój mąż…) że wybuchłam śmiechem na cały głos. Poszłam do ptaśka, pogłaskałam spokojnie jeszcze kilka razy i wreszcie wszyscy poszliśmy spać. Rano, galopem oboje pobiegliśmy do kuchni. Ptasior żył, miał się świetnie i zjadł wszystko. Otworzyłam okno, żeby trochę go „omiotło” zimne powietrze, wzięłam na ręce i wyniosłam na balkon. Poczuł powietrze, poczuł wolność. Spokojnie zeskoczył mi z ramienia, zatrzymał się na barierce, odwrócił się, spojrzał na mnie i dopiero wtedy spokojnie, majestatycznie odleciał. Tego spojrzenia nie zapomnę.
 

Do dzisiaj nie wiem co mu się stało, czemu tak leżał bez ruchu wyczerpany na plecach.  Ale najważniejsze, że spokojnie powrócił do natury.

Tekst: Alicja Mazurek

www.pawelwaclawik.pl

Leave a Reply