Ptaki Adama Wajraka

Żal jerzyka, żal

Bez tego wspaniałego opowiadania trudno byłoby mówić o „obchodach jerzyka” na plamce. „Żal jerzyka, żal” jest wspaniałym opowiadaniem, którego autorem jest, oczywiście, Adam Wajrak. Tytuł, przyznaję, mnie zmylił jak rzadko jaki. Z każdym akapitem oczekiwałem jakiegoś nieszczęścia, a tu proszę, czekała na człowieka taka miła niespodzianka 😉

Warto zaznaczyć, że pomagający Adamowi, w opiece nad Grubaskiem, Jerzy Desselberger jest sekretarzem Polskiej Komisji Faunistycznej. Przy takiej opiece (Nuria, Adam i pan Jerzy) jerzyk spać mógł spokojnie. Nie miało prawa nic mu się stać 🙂

Adamowi pozwolę sobie podziękować za bardzo szybkie przysłanie zdjęcia jerzyka „kukającego” z pudełka. Brak jej na pewno byłby bardzo widoczny.

„Żal jerzyka, żal” pochodzi oczywiście z „Kuny za kaloryferem”.

Jerzyk przybył do nas tego samego lata co bociany. Nazwaliśmy go Grubasek, bo prawie przez miesiąc nic nie robił, tylko jadł, pił, spał i tył. Rósł za to jak na drożdżach.

Dostaliśmy go od Helenki Jędrzejewskiej. Z początku o żadnym imieniu nie było mowy, bo był w fatalnym stanie. Helenka z tatą odebrała go kunie, która wyciągnęła malucha z gniazda, ale następnego dnia Helenka znów znalazła go w ogródku. Dawała mu muchy, ale jerzyk słabł w oczach, no bo ile much może nałapać człowiek.

Nie byłem pewien, czym żywić młodego jerzyka. Ptaki te większość czasu spędzają  w powietrzu. Bez latania żyć nie mogą, lecz żeby latać, muszą mieć odpowiednio rozwinięte lotki, czyli pióra skrzydeł i ogona. Bez nich nie ma mowy o zdobywaniu pożywienia. Jerzyk potrafi nawet spać w trakcie lotu. Polują na wielkich wysokościach, zwykle między poziomem pięciuset metrów a półtora kilometra. Lot to ich życie.

Trzeba więc jerzyka odpowiednio karmić. Brak któregoś ze składników może się momentalnie odbić na wzroście lotek i jerzyk nigdy nie wzbije się w powietrze. Wychować takiego ptaszka, aby latał potrafi tylko jeden człowiek w Polsce – Jerzy Desselberger, ornitolog. Miał za sobą setki różnych ptasich wychowanków, w tym grubo ponad setkę jerzyków; nie to co ja – zaledwie kilkanaście. Trudno więc się dziwić, że nie widziałem żadnych szans na wychowanie znajdy.

– Chodź, Paul, idziemy skrócić cierpienia ptaszkowi – powiedziałem znajomemu Holendrowi, który miał doświadczenie w hodowli zwierząt, bo pracował w kilku ogrodach zoologicznych.

Zobaczył jerzyka i przyznał mi rację. – Nie otwiera oczu, a to oznacza, że jest bardzo odwodniony. Raczej nic nie da się zrobić – stwierdził i już mieliśmy ukatrupić biedaka, gdy nagle zrobiło mi się go bardzo żal…

Jakby tego było mało, po stronie jerzyka opowiedziała się Nuria. Postanowiłem, że spróbuję go wychować, choć to, że się uda, było równie nieprawdopodobne jak lądowanie UFO w Białowieży.

Ratujemy przez telefon

Wszystko wskazywało, że być może zdołamy pokonać odwodnienie organizmu i ptaszek mógł nawet być fizycznie zdrów, ale szanse by jego lotki  wyrosły tak jak trzeba, były marne. W takim wypadku i tak trzeba będzie go uśpić. Jedyna nadzieja była w Jerzym Desselbergerze. Ale on był w Warszawie, a my – w Białowieży.

Nigdy nie wychowywałem jerzyka przez telefon, ale spróbujemy – powiedział Jerzy. I od razu rozpoczął rozpytywać, ile nasz podopieczny waży i jaką ma długość skrzydeł. Wyszło, że skrzydła mają około dwunastu centymetrów, a jerzyk waży mniej niż trzydzieści gramów.

– Niedobrze – powiedział Desselberger. – Za mało waży. Trzeba w niego pakować kluseczki. Dwadzieścia kluseczek mojej mieszanki, do tego trzy kluseczki z białka jaka i dwie z żółtka. Razem to dwadzieścia pięć kluseczek. I to wszystko trzy razy dziennie.

Mieszanka Desselbergera to prawdziwy wynalazek. Niebywale prosta i skuteczna. Robi się ją z sera, glukozy, mąki kukurydzianej, mąki ryżowej i witamin. Wszystko to miesza się w odpowiednich proporcjach w zależności od gatunku ptaka i jeżeli nie jest on specjalnie chory, to nie ma takiego gatunku, który by się na niej nie wychował.

Tyle, że poza serem i mąką kukurydzianą w Białowieży nie można było dostać pozostałych składników. Glukozę zdobyłem tylko dlatego, że dobrze był w nią zaopatrzony lekarz weterynarii i specjalista od żubrów doktor Zbigniew Krasiński z Białowieskiego Parku Narodowego. Ale o mące ryżowej już nie było mowy. „No cóż – pomyślałem – jerzyk obejdzie się bez jednego składnika”.

Karmienie okazało się sztuką nie lada. Jerzyki mają olbrzymie paszcze. Rodzice karmią młode, wkładając głowę do wielkiej gardzieli młodego i zwracając złowiony wcześniej pokarm.

– Kiedy są głodne, powinny chwytać palec – instruował pan Jerzy. Z początku nasz maluch ani myślał tego robić, z trudem otwieraliśmy mu dziób wykałaczką, pakowaliśmy kluseczki z mieszanki i strzykawką wlewaliśmy wodę. Jak najwięcej, bo lepiej, żeby ptak dostał zbyt wiele płynów, niż był odwodniony.

O rany, kryzys mija

Po trzech dniach jerzyk otworzył jedno oko, a później drugie. Kryzys odwodnienia minął. Z naszych pomiarów wciąż jednak wynikało, że lotki skrzydeł ani drgnęły. Na dodatek jedno ze skrzydeł było o kilka milimetrów krótsze od drugiego. Dobrze wiedziałem, że te milimetry oznaczają dla ptaka latać albo nie latać, czyli dla naszego jerzyka być albo nie być.

Smutny jak nie wiem co zadzwoniłem do Jerzego Desselbergera z pytaniem, jak jerzyka uśpić. Podał mi nazwę leku usypiającego. – Ale na to jeszcze mamy czas – zaznaczył. – Niech mi pan powie, które lotki są najdłuższe.

Spojrzałem na ptaszka. Najdłuższe były pierwsze, pierwszorzędowe lotki. – To niedobrze – mówił specjalista. – Najsilniejsze powinny być te drugie w kolejności. Ale może jeszcze się to wyrówna. Niech je, ile może, nawet nieco więcej, niż mówiłem – pocieszał.


Na zmianę z Nurią tuczyliśmy więc malucha. Karmiliśmy nawet cztery razy dziennie. Pomogło i po tygodniu jerzyk był już całkiem gruby, ważył czterdzieści parę gramów. Zaczynał chwytać palec, a na dodatek domagał się jedzenia, cichutko świergotając.

Czasami wyglądał przez dziurkę w pudełku, sprawdzają, czy to już czas karmienia. Co kilka godzin wyjmowaliśmy go z pudełka i na stole w kuchni napychaliśmy kluseczkami. Po paru kulkach napinał się i robił kupę, a kiedy dochodziliśmy do dwudziestu klusek, zaczynał, świergoląc, opierać się i chował głowę pod siebie. Po dwudziestu kilku kluskach zamykał oczy i zasypiał.

– Takie jest jego zadanie: jeść, spać i robić kupę, ale jeszcze trzeba go trochę podciągnąć. Na wylocie powinien mieć około czterdziestu ośmiu gramów – tłumaczył Desselberger.

Przy karmieniu właśnie nazwaliśmy żarłoka Grubaskiem. To znaczy nazwała go tak Nuria, mówiąc do jerzyka „Gordito”, co po hiszpańsku znaczy właśnie „Grubasek”.

Pewnego dnia przy mierzeniu skrzydeł krzyknęliśmy z radości. Lotki, o które baliśmy się najbardziej, zaczęły rosnąć! Pudełko Grubaska było pełne osłonek z lotek, które bardzo przypominały ludzki łupież.

Coraz ładniejszy robił się także jego ogonek, wcięty jak u jaskółki, choć naprawdę powinno się mówić, że to jaskółki mają ogonki wcięte jak u jerzyków, bo jerzyki są o wiele starszą grupą ptaków niż jaskółki. Całe podobieństwo bierze się stąd, że i jaskółki, i jerzyki polują w locie na owady. To ptaki przestrzeni powietrznych. Z tym, że jaskółki nie są takimi mistrzami latania jak jerzyki.

Start z płaskiego

– A co będzie, jak Grubasek nie poleci? Będziemy go trzymać, prawda? – martwiła się Nuria.

– Tak, jakoś to będzie – odpowiadałem, choć dobrze wiedziałem, że będzie to dla jerzyka wegetacja.

– Poleci – pocieszaliśmy się więc z Nurią, choć baliśmy się momentu, kiedy Grubasek będzie musiał się wzbić w powietrze. Może nie będzie umiał, może się okaże, że nasze zabiegi na nic, i ptaszek runie na ziemię jak kamień.

A czas płynął nieubłaganie. Grubasek powinien nas opuścić w końcu sierpnia. Jerzyki przylatują do Polski w maju, a odlatują w sierpniu. Choć – jak twierdzi Jerzy Desselberger – mogą opuszczać nasz kraj jeszcze we wrześniu. Są to ptaki typowo letnie. Ornitologiczne lato zaczyna się wraz z ich przylotem i kończy z odlotem. Wszystko dlatego, że do łowów potrzebują dobrej pogody. Wszelkie jej załamania starają się omijać lub przeczekiwać uwieszone ścian domów, skał lub drzew.

Potrafią zapadać w coś w rodzaju hibernacji. Pisklęta jerzyków, kiedy ich rodzice ze względu na złą pogodę nie mogą im dostarczyć pokarmu, redukują temperaturę ciała i przemianę materii. Być może ta umiejętność uratowała naszego Grubaska przed śmiercią z głodu.

O talencie jerzyków do latania krąży wiele mitów. W różnych ornitologicznych pracach na ich temat można znaleźć, że ptaki te są tak przystosowane do latania, że kiedy z jakichś powodów wylądują na płaskim gruncie, nie są w stanie wzbić się w powietrze. Sam zresztą, przyznaję, pisałem o tym. Teoria ta opiera się na założeniu, że jerzyki mają za długie skrzydła w stosunku do reszty ciała, a za słabe kończyny, i po prostu nie umieją się odbić od matki ziemi.

– Cała ta teoria nie ma nic wspólnego z prawdą. Jerzyki oczywiście nigdy nie powinny spadać na ziemię, to jest sprzeczne z ich naturą, ale jeżeli się to zdarzy, zdrowe ptaki mogą wystartować. U niektórych osobników kończyny są na tyle mocne, że mogą podskoczyć. Z moich doświadczeń wynika, że jerzykom wystarcza jedna trzecia pełnego zamachu skrzydłami, aby wzbić się w powietrze – protestował jednak Jerzy Desselberger.

Według niego mit, że jerzyk nie może poderwać się z płaskiego gruntu, wziął się stąd, że gdy ptak ten znajdzie się na ziemi, to albo jest osłabiony, albo ma uszkodzone lotki. – Dla jerzyka ta sytuacja jest nienormalna i nawet zdrowy ptak potrzebuje chwili namysłu, aby wpaść na pomysł, jak się oderwać od ziemi – wyjaśniał mi.

Około 16 sierpnia Grubasek zaczął tracić apetyt. Trzeba się było naprawdę namęczyć, by go nakarmić. Kluseczki zaczął wypluwać i przestał się dopraszać o jedzenie. Przy karmieniach kląłem jak szewc, ale nadal pakowałem w niego kluseczki.

– Zbliża się moment wylotu – wyjaśnił przez telefon mój mistrz. – Teraz musicie precyzyjnie mierzyć lotki, tak aby wiedzieć dokładnie, kiedy przestaną rosnąć. Kiedy wzrost ustanie, będzie to znak, żeby ptaka wypuścić.

18 sierpnia nie odnotowaliśmy już żadnego wzrostu. Najdłuższa lotka, tzw. druga lotka pierwszorzędowa, zatrzymała się na długości szesnastu centymetrów i dziewięciu milimetrów.


Jerzyk wzbija się w powietrze

20 sierpnia była piękna pogoda.

– Dobra, albo teraz, albo nigdy – oznajmiłem Nurii i Declanowi, naszemu koledze z Irlandii (nie bocianowi przecież), i wyjąłem Grubaska z pudełka. Wzięliśmy drabinę i poszliśmy za stodołę, za którą rozciągają się białowieskie pola. Stanąłem na najwyższym szczeblu drabiny z jerzykiem w ręce. Czułem, jak mnie i jemu wali serce. Nuria z Declanem oddalili się nieco, aby w razie upadku ubezpieczać ptaszka.

Nawet nie pamiętam dokładnie momentu, kiedy z rozmachem wyrzuciłem go w powietrze, ale pamiętam bardzo dobrze, jak Grubasek, nieudolnie machając skrzydłami, spadał niby kamień na ziemię. Pamiętam też dokładnie przerażoną twarz Nurii, gdy spadał w jej pobliżu. Wszystko trwało sekundy. I nagle stał się cud. Jakiś metr nad ziemią Grubasek przestał machać byle jak i zamachał skrzydełkami jak prawdziwy jerzyk. Momentalnie wzbił się w powietrze i wzleciał nad pola.

Leciał, pracując szybko skrzydełkami, jakby przestraszony nowym doznaniem. Tak zrobił kilka kółek nad naszymi głowami. Potem spróbował, jak się szybuje, i nagle, przynajmniej my to tak odebraliśmy, poczuł, że latanie to jest to, co jerzyki lubią najbardziej. Już całkiem pewnie zatoczył dwa kółka, wzbił się naprawdę wysoko i zniknął za horyzontem żegnany naszymi okrzykami.

– Będzie królem jerzyków – zawyrokował Declan.

– Udało się, nasz jerzyk pięknie poleciał – relacjonowałem panu Desselbergerowi.

– Wiem, jaka to radość puścić takiego ptaszka i widzieć, jak leci. Wspaniałe uczucie. Ile ważył? Czterdzieści siedem gramów? To ma zapas na parę dni – mówił pan Desselberger. – teraz ptak, jak zaprogramowany, będzie się starał wypatrzyć ciemne punkciki w powietrzu. Jeżeli będą blisko, to znaczy, że są to owady, a jeżeli daleko, to będzie to grupa jerzyków lub jaskółek, co oznacza, że i tam są owady. A potem jerzyk powoli zacznie się kierować na południe.

Trzy dni później pojechaliśmy do Warszawy. Nad blokami przelatywał jerzyk.

– To na pewno Grubasek – zawyrokowała Nuria.

– Na pewno – odpowiedziałem, choć mógł to być jakikolwiek jerzyk.

Wróciliśmy do Białowieży. Od wylotu jerzyka mijały dni, a Nuria i ja wciąż łapaliśmy się na tym, że słyszeliśmy jego świergolenie. Pudełko, w którym mieszkał, też jeszcze stało w swoim miejscu pełne zeschniętych kup. Nikt nie kwapił się do wywalenia go do śmieci. Nie wiedzieć czemu, bo w sumie Grubasek to był ptaszek, który tylko jadł, pił, spał, robił kupę, aż w końcu poleciał.

Dodaj komentarz

Strona korzysta z plików cookies.
Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki.

Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe.

Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do Polityki Cookies tej strony (znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies) oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij