Ogólne

Ptaki w literaturze w Dzień Bociana. Jan Jerzy Karpiński "O naszych zwierzętach chronionych" – "Czarny bocian"

Przyznaję, że zgoda Ooievaar na publikowanie części felietonów profesora Karpińskiego sprawiło mi dużą radość z kilku względów. Mogę się podzielić z sympatykami plamki tekstami, które dostarczały i do tej pory to robią, wielu przyjemnych wzruszeń. Przyznaję uczciwie, że chciałem te teksty wykorzystywać częściej zimą, kiedy to w świecie ptaków dzieje się pozornie mniej. Jednak ostatni brak czasu zmusza mnie do częstszego nieco zaglądania do książek Jana Jerzego Karpińskiego. Nie chcąc robić przerw, ani nie pisać na siłę (czego bym nie zniósł) wspomniane książki okazują się być zbawienne. Przyznaję, że oprócz pięknych opisów przyrody i niecodziennych zdarzeń, bardzo urzeka mnie w nich dawny, piękny język, który niestety wychodzi z użycia. Kto dziś na strzyżyka powie – wole oko, a na skowronka – skowronek rolak?

A dziś mamy 31 maja, dzień bociana. Problemu zatem z wyborem ptaka nie miałem, jak też i z wyborem tekstu. Może ktoś się zdziwi z kolorem bociana, no cóż, autor plamki rasistą nie jest. Bocian to bocian 🙂

„Czarne bociany przygotowywały się do odlotu. Codziennie po południu można było je obserwować, jak zbierały się na śródleśnej łące nad rzeką Narewką. Gdy odleciały, gajowy nazajutrz znalazł na łące jednego bociana zakrwawionego i okropnie poturbowanego. Nieborak nie mógł się nawet utrzymać na nogach o własnych siłach. Widocznie jako słaby czy też fizycznie niedorozwinięty został wyłączony ze stada, które odlatywało, pobity i pozostawiony własnemu losowi. Zajęliśmy się nim oddając pod opiekę kucharce z miejscowej gospody. Szczęśliwie się złozyło, że nie miał złamanych kości i mógł jeść. Od samego początku nie bał się ludzi, chętnie połykał ochłapy mięsne i żywe żaby. Nakarmionego wynoszono przed gospodę i sadzano na trawniku, gdzie wygrzewał się w słońcu obserwując przyglądających mu się ludzi. Na noc zamykano go w drwalce. Po kilku dniach mógł się przechadzać i rozpościerać skrzydła. Gdy wygłodniał, sam przychodził do kuchni, postukiwał w okno i czekał, aż go nakarmiono. Oswoił się z otoczeniem do tego stopnia, że wyruszał na kilkugodzinne wycieczki po parku, sam łowił żaby, ale zawsze zjawiał się przed gospodą w porze, o której karmiono go, i zjadał swoją porcję odpadków mięsnych. Można go było obserwować, jak schodził z pagórka po schodkach wiodących do gospody, a  za nim gromada dzieciaków. Nie przejmował się ich obecnością – najwyżej zatrzymał się w połowie schodków, obejrzał, popatrzył na dzieciarnię i szedł dalej. Jedzenia od nich nie przyjmował. Gdy podszedł do okna kuchni, przechylał głowę na bok i jednym okiem wpatrywał się w szybę. Gdy nikt nie wychodził, zaczynał stukać w nią dziobem.

Nazwaliśmy go: Czarny Kajtuś. Na dźwięk tego przezwiska zatrzymywał się, patrzył, a nawet zawracał z drogi. Po dwóch tygodniach przestał chodzić pieszo, a odlatywał i przylatywał. Po nakarmieniu długo nieraz spacerował wśród ludzi przed wejściem do gospody. Noce spędzał na drzewach. Tak było cały miesiąc. Pewnego razu, po zjedzeniu codziennej porcji ochłapów z kuchni, porozglądał się, rozpostarł skrzydła i wzbił w powietrze. Zataczał kręgi nad gospodą i wzbijał się coraz wyżej. Straciliśmy go z oczu, gdy odleciał na zachód.

Więcej Czarnego Kajtusia nie widzieliśmy.”

Leave a Reply

Strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej...

Celem zapewnienia najlepszej możliwej jakości przeglądania Strona korzysta z pilków cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do tych plików w ustawieniach Twojej przeglądarki. Kontynuowanie przeglądania strony jak i klikniecie przycisku ZGADZAM SIĘ na banerze oznacza wyrażenie zgody na powyższe. Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do polityki cookies tej strony: https://plamkamazurka.pl/polityka-cookies/. Znajdziesz tam także możliwość zmiany ustawień cookies oraz na http://wszystkoociasteczkach.pl/

Zamknij